W zaklętym kręgu racji najmojszych

Jeżeli cała rodzina nie używa słomek, foliówek, podpasek, ale na 18. urodziny syna rodzice fundują mu wymarzony skok ze spadochronem – ile śmieci, ile benzyny musi zostać wyprodukowane, żeby ten gówniarz mógł wzbić się samolotem na odpowiednią wysokość do tego, żeby spełnić swoje marzenie i kaprys, czyli ów skok?

Tak samo jeśli ktoś jest weganinem i nie je mięsa, bo chce być blisko natury, chce być taki czysty i nie je żadnych produktów odzwierzęcych, ale suplementuje B12 tabletkami, to jaka to jest bliskość z naturą? Zapytam inaczej: ile technicznych aspektów musi zostać spełnionych, aby powstała fabryka farmakologii, która wyprodukuje tę jedną kapsułkę z witaminą B12? A ile jest w tej kapsułce, prócz owej witaminy, innych – kompletnie nienaturalnych składników? A ile ta fabryka zużywa prądu, a ile ta fabryka smrodzi w powietrze…? Te koszta ekologiczne i moralne są uzasadnione, kiedy mówimy o produkcji farmaceutyków ratujących życie ludzkie albo znieczulających, uśmierzających ból umierania wskutek straszliwych, nieuleczalnych chorób. Ale działanie tych fabryk ani trochę nie jest uzasadnione w kontekście idiotyzmu, że jakiś niszowy nowoczesny błazen odmawia sobie z własnej woli zjadania witaminy B12, która normalnie znajduje się w pożywieniu… Taki błazen z pobudek osobistych – ideologicznych! – odmawia sobie spożywania B12 razem z jedzeniem i mówi przy tym, że chce być blisko natury, tymczasem właśnie przez niego te fabryki smrodzą w atmosferę wielokrotność więcej od tego, niż smrodziłyby, gdyby ten jeden z drugim i tysięcznym głąbem jedli witaminy NORMALNIE, czyli razem z określonym pokarmem.

I to samo jest z poglądami wszelkimi – nie ma znaczenia, czy te poglądy będą dotyczyły diety, zdrowia, pogody czy polityki. Wszędzie obserwuję to samo: odrealnienie się od skorupy ziemskiej.

Najzdrowsza, czytaj: najbardziej optymalna dieta dla człowieka to ta, która jest zgodna z lokalnymi warunkami klimatycznymi, w jakich ten konkretny człowiek i to konkretne społeczeństwo żyje od pokoleń. Lokalność i sezonowość danej diety zawsze zaświadcza o jej możliwej, to znaczy realnej optymalności dla organizmu ludzkiego. Awokado, które żresz zapamiętale, nie ma nic wspólnego z naturą – jeśli kupujesz je przez cały rok w sklepie, a zakładam, że tak właśnie robisz. Przypominam, że w Polsce nie rosną awokado – w Polsce jest zimna zima, w której nic nie rośnie. W dawniejszych czasach nasze społeczeństwo przeżywało zimę dzięki zapasom zbieranym w czasie pozostałych pór roku – na wiosnę były w zasięgu tzw. nowalijki, które można było jeść na bieżąco, w lecie i w jesieni były to pyszne polskie jabłka, ale u progu zimy nasze rolnictwo, płody rolne zamierały. A więc dawniej przeżywaliśmy zimową porę roku dzięki zapasom poczynionym wcześniej, wśród których królowały nasze polskie kiszonki z ogórków i kapusty (naturalne wspaniałe źródło witaminy C), a także przetwory i weki. Weki gromadziliśmy zarówno owocowe, jak i mięsne – z mięsa świni albo krowy.

A awokado, które całorocznie kupujesz w sklepie, czy banany, pomarańcze i inne owoce egzotyczne, nie są dojrzałe – one nie wyrosły na słońcu: to jest przemysłowa produkcja towarów, produktów owocowych, a nie są to owoce. To awokado zostało zerwane z drzewka jako twarde i niedojrzałe, ono „dojrzało” bez słońca, nie miało z nim żadnej styczności – ono „dojrzało” w wielkim ciemnym kontenerze na statku, który korzysta z paliwa i zaśmieca oceany właśnie po to, żebyś zapłacił w sklepie pieniądze i mógł zeżreć sobie to swoje awokado… Weganie i frutarianie, którzy deklarują tak bardzo swoją miłość do natury, do planety Ziemi, de facto niszczą ją, Ziemię, a piękną naukę ekologię zmieniają w nową religię: ekologizm, bo jeżeli jesteś weganinem mieszkającym w Polsce, to żeby przetrwać polską zimę, sprowadzasz owoce z drugiego końca świata, żeby móc je kupić, i te owoce z drugiego końca świata płyną do Ciebie do Polski na tych pieprzonych kontenerach. Wiesz, ile paliwa, smrodu i syfu ląduje z tego w morzach? W atmosferze? Jak można promować zdrowie i miłość do planety, robiąc w swoim życiu tak niegodziwe rzeczy – to znaczy: jak można nie widzieć tych powiązań, tych racjonalnych, pragmatycznych związków przyczynowo-skutkowych i jednocześnie uważać siebie za inteligentnego i „rozwiniętego duchowo” człowieka…?

Dlaczego najzdrowsza dieta to ta lokalna? Dlatego, ze każdy z nas ma w jelitach odpowiedni zestaw bakterii lokalnych, tutejszych, który umożliwia organizmowi wchłonięcie określonych – właśnie występujących regionalnie składników odżywczych. Eskimos nie przeżyje dwudziestu lat w swoim naturalnym regionie, w którym egzystuje, i w zdrowiu – na kiełkach rzeżuchy, na sałacie rzymskiej i na awokado.

I to samo jest z polityką: to, że wybory wygrała partia, która nie podoba się akurat Tobie i całej tak zwanej opozycji – nie oznacza, że te wybory zostały sfałszowane albo że wynik tych wyborów nie po Twojej myśli jest atakiem czy zamachem na demokrację. Znów: brak świadomego, normalnego widzenia rzeczy takimi, jakimi one są. Bo to jest tak jak powiedział Gandhi, i jeszcze w to miejsce można by przytoczyć sto innych równie pięknych cytatów, ale wybrałam Gandhiego: bądź zmianą, którą pragniesz widzieć w świecie. I dokładnie tak każdy normalny człowiek stara się w swoim życiu postępować: jeżeli nie zgadzam się z decyzjami, które podejmuje aktualny rząd mojej ojczyzny, to jako wolny obywatel, jako suweren mam prawo głośno krytykować decyzje aktualnego rządu, bo rząd – taki lub inny; to bez znaczenia – został wybrany przez moich rodaków do roli reprezentacji naszej, czyli tego narodu, woli. I jeżeli uważam, że aktualny rząd zawodzi moją wolę jako obywatela tego kraju, to mam prawo do głośnej krytyki tego rządu. Ale jeśli w swojej krytyce nie posługuję się merytorycznymi argumentami, tylko opowiadam te rzeczy, sprawy, w które osobiście wierzę, to to staje się oderwane od rzeczywistości – idiotyczne, a w dodatku wstrętne, bo niemoralne. I to właśnie – wstrętne, niemoralne wypowiedzi i zachowania de facto antyspołeczne – mieliśmy okazję wszyscy obserwować w obliczu śmierci Pana Prezydenta Gdańska, czyli Adamowicza. Sytuacja ta wyglądała następująco:

Podczas ogromnej pięknej imprezy, jaką jest WOŚP i tzw. światełko do nieba – na scenę wtargnął psychopata i dokonał zamachu nożem na pana Adamowicza. W wyniku zamachu Pan Prezydent niestety zmarł. I dyskusja, która powinna toczyć się w obrębie tego straszliwego, okrutnego wydarzenia wszędzie w mediach, i to we wszystkich mediach – niezależnie od poglądów politycznych danej redakcji, oraz we wszystkich społecznościówkach – niezależnie od osobistych poglądów politycznych danego fejsbukowicza, ta dyskusja powinna dotyczyć problemu ochrony masowych imprez kulturalnych w Polsce. Pytanie brzmi: jak to jest możliwe, że na scenę na tak wielkiej imprezie kulturalnej mógł wtargnąć swobodnie nożownik, zamachowiec? A gdyby był to zamachowiec z bombą w plecaku? Gdzie była ochrona? Jaka była ochrona…? I więcej, dalej: załóżmy, że to, że na ową scenę wtargnął nożownik, nie było winą organizatora tej imprezy kulturalnej – bo wszystkie zamachy są wymiarem terroru, a terror zawsze ma charakter w pewien sposób irracjonalny, to znaczy nieprzewidywalny, i nawet w przypadku świetnie obwarowanej i ochronionej i policją, i wojskiem imprezy masowej, zawsze teoretycznie może dojść do tego typu tragedii. Czyli: jeśli w wielkim tłumie ludzi znajdzie się jeden odpowiednio uzbrojony i odpowiednio zdeterminowany psychopata, czyli zamachowiec, terrorysta, to pomimo świetnej ochrony tej imprezy i tak może dojść do tragedii. Ale ten konkretny zamach na Pana Prezydenta Adamowicza ma w sobie inny problem: otóż jak to jest możliwe, że ten psychopata – już po tym, jak zanożował Pana Prezydenta na scenie! – miał czas przemawiać do mikrofonu??? Gdyby zaraz po zanożowaniu uciekł ze sceny gdzieś w tłum, to nasza policja być może nawet by go nie ujęła i nie byłoby długo wiadomo, kto dokonał tej zbrodni, i ten zbrodniarz być może skutecznie by uciekł, ukrył się w tłumie i dalej przebywał na wolności, i zagrażał zdrowiu i życiu innych obywateli. Absurdalność tego wydarzenia polegająca na tym, że ten morderca miał czas na udzielenie przemowy do mikrofonu na tej scenie – pokazuje niestety, jak wadliwie, nieodpowiedzialnie chronione są i zabezpieczane imprezy masowe w Polsce. Ale kto w mediach podjął ten temat? Praktycznie nikt! Na Fb czytałam za to takie na przykład komentarze: „Ten psychopata był wychowany w rodzinie, która popierała poglądy Grzegorza Brauna oraz Janusza Korwina-Mikkego, więc nic dziwnego, że ten człowiek stał się chory psychicznie”. Rozumiecie, o czym tu opowiadam? Jeżeli ktoś wygłasza taką jak przytoczona tu opinię, to ja nie mam wątpliwości, że głowa tego człowieka oderwała się od skorupy ziemskiej – ten człowiek już dawno zaplątał się w bańce swoich wierzeń i wyobrażeń o świecie, natomiast wyparł normalny obraz świata ze swej percepcji. I teraz już temu człowiekowi nie chodzi o to, żeby w Polsce żyło się społeczeństwu lepiej – jemu już chodzi jedynie o to, aby przypadkiem następnych wyborów nie wygrała jakaś partia nie po myśli tego człowieka. I to już nie są zdrowe poglądy opozycji – to już jest objaw histerii, który powoduje zacietrzewienie, który każe nawoływać: – Nie możemy dopuścić, żeby demokracja w Polsce układała się po innej myśli demokratycznej niż moja/nasza racja demokratyczna!

„Moja racja jest mojsza!” „Moja najmojsza!”

„A nie, bo moja najmojsza!!”

„Kaczyński do kosza!”, „Reżim PiS-u zebrał swoje żniwo – Pan Prezydent Gdańska został zanożowany przez PiS!” – takie to są opinie, lecz one nie mają nic wspólnego z normalnym obrazem świata, z realną rzeczywistością. To tylko przejaw eskalacji swoich indywidualnych wyobrażeń i przekonań.

Jeśli masz swoje przekonania, w które wierzysz, żyj zgodnie ze swoimi przekonaniami, nie krzywdząc przy tym innych, to po pierwsze. Jeśli ten pierwszy warunek zostanie przez Ciebie spełniony, to wtedy możesz przystąpić do realizacji drugiego warunku: masz prawo głośno przekonywać innych do tego, żeby również podzielali Twoje poglądy. I jeśli uda Ci się prawidłowo spełnić ten drugi warunek, to razem z tą społecznością zbudowaną wspólnie wokół tej jednej określonej idei – macie szansę poprzeć swoją partię, macie szansę zwyciężyć następne wybory, macie też szansę założyć zupełnie nową swoją własną partię. I to jest okej!

Natomiast to przestaje być okej w momencie, kiedy gubisz racjonalizm. To przestaje mieć sens, jeśli mówisz głośno, że brzydzisz się komunizmem, ale wykrzykujesz, że PiS łamie konstytucję – a nie rozumiesz, że bronisz tą wypowiedzią konstytucji… komunistycznej.

Albo wpłacasz pieniądze na szefa jakiejś – takiej lub innej, dowolnej; to nieistotne, której – opozycji, pomimo tego, że wiesz, że ten człowiek nie płaci alimentów na swoje własne dzieci, i mało tego: uchyla się przed ich płaceniem, nie chce iść do pracy, żeby zarobić na swoje dzieci. Ale Ty i tak bierzesz jego misję uzdrawiania politycznego Polski – na wiarę.

Tak samo jeśli płacisz swoje ciężko zarobione pieniądze człowiekowi, o którym wiesz, że stracił prawo do wykonywania zawodu lekarza i został skazany, ale uciekł przed wyrokiem ze swojej ojczyzny, np. ze Stanów, na Kostarykę, tam zaszył się na odludziu i teraz tam przyjmuje na wizyty, bierze za te wizyty grube pieniądze i dalej mówi ludziom, ze będzie ich leczył – a ty ignorujesz prawomocny wyrok na tego człowieka i dalej wierzysz jemu, a przestajesz wierzyć „bezdusznemu systemowi”, który go skazał…

Czy to polityka, zdrowie, weganizm, czy katolicyzm, czy ateizm, czy ezoteryka – mechanizm jest przez cały czas ten sam: każdy człowiek traci zrównoważoną wartość swoich poglądów i przekonań, jeśli ignoruje głębokie problemy tkwiące w danym zjawisku czy zachowaniu drugiego człowieka.

Wtedy następuje dezorganizacja struktury społecznej, i wtedy zbudowanie konstruktywnych kompromisów staje się niemożliwe. I wtedy „moja racja jest najmojsza”.

A dezorganizacja struktury społecznej – zaburzenie pragmatyzmu, zdrowego rozsądku, instynktu samozachowawczego u ludzi – jest na rękę elitom opozycyjnym. Każdym elitom opozycyjnym. Bo opozycja – z której strony barykady by ona nie była! – kiedy zostaje wynikiem wyborów demokratycznych odsunięta od wcześniej sprawowanej przez siebie władzy, zaczyna świadomie dezorganizować większość społeczeństwa: bo to racje większości godzą we sprawczość opozycji, aby więc przechylić szalę znów na korzyść swego interesu, opozycja zawsze próbuje zdezorganizować społeczeństwo, jego większość. W ten sposób opozycja przestaje być opozycją, a zaczyna być „opozycją”. Bo w normalnej opozycji chodzi o to, żeby na zasadzie kontrapunktu wykazywać błędne decyzje rządu – w ten sposób normalna opozycja stymuluje rząd, skłania go do szerszego spojrzenia na różne problemy społeczne oraz ekonomiczne; wtedy rząd regularnie otrzymuje sygnały stymulujące, które pobudzają go intelektualnie. To dlatego tak ważna, tak istotna jest zawsze rola opozycji w każdym państwie. I to jest zdrowa opozycja. A fałszywa, chora opozycja, czyli „opozycja”, robi coś kompletnie innego – ona krzyczy, kipi, grozi: – To nie może być tak, jak jest! Oni [rząd] wszystko robią źle, bo robią inaczej, niż my byśmy zrobili! Następnym razem wybierzcie nas, nas, nas! Taka „opozycja” realnie blokuje wszelkie możliwe zmiany prawne – jakie te zmiany by nie były! – a to jest działanie szkodliwe (przede wszystkim społecznie), a nie stymulujące. Dlatego to jest „opozycja” – dlatego to jest stan fanatyczny, a nie stan normy.

Warto przy tym pamiętać, że każda władza jest iluzją. Realnie nie istnieje nic takiego jak władza – istnieją tylko niegodziwe, niemoralne struktury imitujące władzę, zasilane olbrzymimi kwotami pieniędzy. Realne są oczywiście inwestycje finansowe wkładane w budowanie i potężnych, i „niewinnych” aparatów propagandowych oraz odpowiednich „programów edukacyjnych”. Mimo wszystko: sama władza, jaka by ona nie była, kto by jej nie reprezentował, zawsze jest iluzją…

Człowiek jest niezłomny, dopóki duch jego jest niezłomny. Świat zmienia się na lepsze, dopóki człowiek chce zmieniać się na lepsze. Jednak zmiany będą zachodziły na gorsze, a nie na lepsze, dopóki człowiek nie nauczy się, nie wyrobi w sobie mechanizmu trzymania się skorupy ziemskiej. Każdy kto „odlatuje” w przestrzeń niemiarzalną żadnymi dostępnymi nam jednostkami miary – staje się zagrożeniem: najpierw dla siebie samego, potem dla innych.

To prawda, że pojęcie normy jest trudne do ustalenia – szczególnie w erze netu wielu ludzi ma prawo odczuwać pewne zaprószenie na tym polu; nie mieć pewności, nie rozumieć, wahać się i tak dalej. To prawda, że nauka wciąż nie wie wszystkiego, że także się myli, czasem obala swoje własne hipotezy – odrzuca je czasem, bo odkrywa coś nowego, i musi to nowe coś włączyć do swoich wcześniejszych ustaleń oraz prognoz na temat rzeczywistości. I również nauka – tak samo jak każdy inny dowolny pogląd, postawa życiowa, duchowa i droga zawodowa – może przeobrazić się w zaryglowaną strukturę wiary; nauka nie jest wolna od ryzyka zagubienia się, od ryzyka stracenia racjonalnego, pragmatycznego oglądu, ryzyka odklejenia się od skorupy ziemskiej. Ale – pomimo tych ryzyk i niepewności – nadal możemy korzystać z dobrodziejstw nauki; nauka i tak, pomimo swych ograniczeń, ustaliła dla nas wiele bardzo konkretnych i wielce pomocnych „jednostek miar”, czyli różnych pomiarów rzeczywistości.

Bardzo ważnym źródłem „pomiaru rzeczywistości” pozostaje sama natura. Bo natura się nie myli. Natura (przyroda; biologia) pokazuje nam każdego dnia, że żadna loteria nie może być, więc nie jest pomyłką. Natura codziennie dokonuje niepoliczalnych wręcz w skali naszego globu i w skali Homo sapiens – loteryjnych miksów genetycznych. Natura sprawdza na bieżąco, które rozwiązania genetyczne są praktyczne, a które są bezużyteczne, i w oparciu o te wyniki „swoich pomiarów” dopasowuje kody genetyczne, pcha je w dalszą ewolucję. I to jest prawdziwa wolność, i to jest jedyny obraz normalności, jaki osobiście znam, jaki próbuję – na miarę moich osobistych talentów i na miarę moich osobistych ograniczeń – poznać. To jedyna wolność w wymiarze realnym, a nie abstrakcyjnym: możliwość obserwowania samego siebie, swoich własnych zmian, i zmian, które dzieją się w świecie. Obserwacja. Możliwie chłodna, bo racjonalna, zrównoważona, a jednocześnie jest to obserwacja dynamiczna, narażona na oddziaływanie emocji – i tych niskich, i tych wyższych, odwołujących się do empatii i moralności.

Tylko natura się nie myli, bo w jej funkcjonowaniu nie ma ani celu, ani przypadku – są tylko ciągłe zmiany, i obserwacja tych zmian. No więc jeśli jako człowiek racjonalny, dzięki dobrodziejstwom nauki wiem o tym, że natura generuje osobniki homoseksualne wśród wielu gatunków zwierząt, to znaczy, że homoseksualizm jest normalny; jest częścią normy, częścią normalnego obrazu świata. Homoseksualne osobniki pojawiają się w wielu różnych gatunkach, również wśród bliskich biologicznie człowiekowi małp bonobo oraz wśród szympansów. Jeśli więc wśród tych gatunków zwierząt występuje pewna pula, pewien procent okazów homoseksualnych, jest to w pełni naturalne, czyli normalne. Nie znam powodu – bo nauka jeszcze tego powodu nie zbadała, nie znalazła i nie nazwała – dla którego przyroda tak robi, ale w wyniku pracy naukowców wiem, zdaję sobie sprawę, mam świadomość, że natura tak robi. Z jakiegoś powodu tak robi, i jest to naturalne, normalne. No więc nie widzę żadnych racjonalnych powodów do tego, żebym – na przykład – śmiała się z gejów, czy uważała ich za ludzi przynależnych do jakiejś innej niż moja kategorii ludzkiej. To ludzie tacy jak ja: pracują i płacą podatki, tak samo jak ja i jak Ty. Nie ma żadnych podstaw do wykluczania społecznego tych ludzi. Każdy, kto uważa, że gej czy lesbijka są osobną kategorią człowieka, którą należy „leczyć” czy w inny inwazyjny sposób dostosowywać do częstszej statystycznie preferencji miłosnej – wg mnie: stracił racjonalny obraz rzeczywistości. Poszedł w ideologię – w swoje wyobrażenie o świecie.

Równocześnie żaden gej nie może mówić do mnie, że geje są lepsi od ludzi heteroseksualnych, że są wrażliwsi czy w inny sposób „ważniejsi” – czy to indywidualnie, czy społecznie. Gej także nie może mi narzucać swoich przekonań – może mnie o nich informować, ale jeśli zaczyna je obudowywać jakimś bardzo rozemocjonowanym „sektorem prawd objawionych”, zaczynam ignorować takiego człowieka, robię w tył zwrot, unikam go. Gej też musi zaakceptować to samo, co ja muszę zaakceptować – czyli to, że homoseksualizm jest jakimś „wentylem bezpieczeństwa” samej matki natury, ale nie jest większością gatunku ludzkiego (ani żadnego innego – zwierzęcego); nie jest główną obserwacją poczynioną przez samą naturę, jest jedynie jej pewną szczeliną, pewnym rozdziałem, pewną pulą genetyczną.

To samo w temacie aborcji: jeśli np. chrześcijanin mówi do mnie, że każde życie jest darem i aborcja powinna być surowo zakazana we wszelkich przypadkach, sytuacjach i kontekstach życiowych, to ten człowiek mówi mi jedynie o swoich emocjach, o swoich przekonaniach, o swojej wizji życia i świata, o swoich poglądach, natomiast człowiek ten ignoruje głęboki problem leżący w tym temacie. Bo problem jest następujący: jeśli współczesna medycyna jest w mocy „zajrzeć do brzucha ciężarnej” i stwierdzić nieodwracalne poważne zmiany/wady płodu, lecz jednocześnie nie jest w stanie tych wad płodu naprawić, to znaczy, że zabronienie decyzji, co z tym dzieckiem dalej robić lub czego nie robić, samej matce – jest próbą aroganckiego buntowania się przeciwko samej naturze. Natura sama roni wadliwe płody, ale czasem – w wyniku jakiegoś loteryjnego eksperymentalnego splotu obserwacji podejmowanych przez samą naturę – tychże ciężko chorych płodów z jakiegoś powodu jednak nie roni. Czasem tak się dzieje. Znów: nauka jeszcze nie ustaliła, dlaczego natura tak robi, ale natura tak robi – że czasem nie roni tak ciężko chorego czy okaleczonego embrionu. No więc decyzja – już na etapie ciąży – winna tu należeć do ciężarnej; do matki. Bo to jest jedyny możliwy na tym polu – zrównoważony obraz sytuacji, a nie pogląd. W dawnych czasach – w tych sprzed naszej technicznej cywilizacji – ludzkość radziła sobie z tym problemem tylko tak, jak umiała sobie wtedy „poradzić”, czyli: ponieważ nie było możliwe zajrzeć w jakiś sposób do brzucha ciężarnej, to na świat przychodziło dziecko np. bez mózgu – żyło kilka godzin; nie wiemy dokładnie, co wtedy czuło, a czego nie czuło, czasem też od razu pozbawiano życia tego noworodka, w bardzo niecywilizowany sposób, i po prostu od razu sama matka zakopywała go jeszcze żywego w ziemi. Współcześnie nauka (medycyna) może już zajrzeć do brzucha ciężarnej i może przynieść jej straszne wieści: proszę pani, pani dziecko nie ma mózgu, nie przeżyje. Ale jednocześnie – jeszcze – nie potrafi (nauka) naprawić tej wady ustroju biologicznego dziecka: nie potrafimy wyhodować mózgu i wszczepić go embrionowi. Ale za to potrafimy w humanitarny, możliwie „sterylny” sposób zakończyć byt tego dziecka. Decyzja powinna należeć tu do matki: czy woli ona donosić tę ciążę do końca, zobaczyć swoje urodzone dziecko, „ukochać je na żywo”, pożegnać się z nim; czy być może woli zakończyć jego byt już teraz – jeszcze w brzuchu, nie przechodzić piekła bóli porodowych, by widzieć potem zdeformowane ciało swojego narodzonego dziecka, które umrze tak czy inaczej, bez względu na wszelkie ludzkie wole oraz opinie. Jeśli ktoś nie rozumie powagi tej decyzji i chciałby tej decyzji z góry każdej kobiecie zabronić, zakazać prawnie – moim zdaniem ten człowiek ma problem z racjonalnym osądem sytuacji: odkleił się od skorupy ziemskiej.

I odwrotna sytuacja: jeśli stan zdrowotny Alfiego Evansa był nawet z naukowego punktu widzenia zupełnie stracony, ale obok czekały zaparkowane ogromne pieniądze i cały szpital w innym państwie gotowe otoczyć dziecko lekami i pełną opieką medyczną, to oddzielenie tego dziecka od decyzji jego rodziców, wprowadzenie przymusowego reżimu aparatu państwowego w miejsce woli rodziców: jest nieakceptowane; nieracjonalne, niemoralne. Przymusowe uśmiercenie dziecka z woli „władzy” jest tak samo godne potępienia, jak przymusowe narodzenie dziecka z woli „władzy” – a nie z woli matki i ojca tego dziecka.

Ludzie powinni móc decydować samodzielnie o tym, jak żyć, jak wychowywać dzieci, i jak umierać. Jeśli jako europejskie społeczeństwa pozwalamy matce frutariance karmić swoje maleńkie dziecko samymi sokami owocowymi, to należy tej matce pozwalać to robić dalej – bo to jej osobisty wybór, który oczywiście determinuje życie jej dziecka, ale to jej wybór i ma do niego prawo. Dopóki to dziecko „siedzi” wzorcowo we wszystkich siatkach centylowych i tak dalej – dopóty państwo, żadna „władza” nie powinna w model życia tej kobiety ingerować.

Jeżeli matka weganka zabiera swoje dwuletnie dziecko na farmę kurzą, żeby wytłumaczyć mu, że mięso w kanapce jest żywe, fajne, miłe i biega – i żeby w ten sposób „zaprogramować” swoje dziecko na niechęć, na traumę, na obrzydzenie do jedzenia mięsa, mogę jedynie cichutko współczuć temu dziecku, mogę również – jeśli zechcę – spróbować przekonać tę matkę racjonalnymi argumentami, że jej miłość do dziecka przeradza się w przymusowy reżim i ową, starą jak świat, iluzję władzy, ale to nadal jej wybór, to nadal los jej dziecka, nie mój; i nie państwa, kraju. Dopóki parametry życiowe, pomiary kondycji zdrowotnej tego dziecka utrzymują się w normie – dopóty nie wolno tej kobiecie niczego zabraniać, ingerować w jej decyzje rodzicielskie.

Jeśli kobiety pokazują swoje małe dzieci w pełni publicznie w necie, pokazują np. krzywicę czy płaskostopie swojego dziecka, to nadal wybór tych kobiet, i los ich dzieci – nie wolno nikomu w to ingerować. Jeśli dziecko takiej kobiety wejdzie w wiek nastoletni i przejdzie wtedy traumę – z powodu, że mama pokazywała w społecznościówkach jego wczesnodziecięcego, leczonego ortopedycznie „platfusa” – jeśli odwróci się wówczas od matki i znienawidzi ją, jeśli wytoczy jej proces, kiedy samo skończy już 18 czy 21 lat, to nadal wybór tej matki, to nadal los jej dziecka.

Jeśli kobieta pokazuje w społecznościówkach urodziny swojego małego dziecka, fragment domu, wystrój – och… nic prostszego, będąc psychopatą, wytropić ten dom, znaleźć adres, porwać i wykorzystać to dziecko. Z wykształcenia jestem dziennikarzem i z pełną odpowiedzialnością intelektualną mogę powiedzieć, jak bardzo ludzie nieświadomie poprzez same nawet fotografie zdradzają swoje życie, swoje położenie, swój adres – i te dane, jeśli pojawi się tylko osobnik odpowiednio zdeterminowany, może on wyłapać i namierzyć bez żadnego problemu. Dziwię się tym matkom, ale nic więcej, prócz swojego zdziwienia, nie mogę dla nich zrobić. To prawo Darwina i Nagroda Darwina: ludzie powinni mieć samodzielny wybór dotyczący tego, jak chcą żyć, i jak umierać. To ich wybór, szanuję go, chociaż prywatnie się z nim nie zgadzam.

Nasze indywidualne przekonania mają charakter reprezentatywny wyłącznie dla nas samych, dla jednostek. Natomiast jeśli zbierze się wystarczająco dużo ludzi o tych samych czy bliźniaczo pokrewnych przekonaniach, to ta grupa będzie razem budowała spójną większość społeczeństwa, i ta większość społeczeństwa będzie „zarządzała” obrazem rzeczywistości wspólnym dla wszystkich jednostek składających się na całe to społeczeństwo. Mniejszość w tej sytuacji, czyli mała grupa ludzi o zupełnie innych poglądach, może jedynie: zamilknąć albo się zbuntować. Jeśli zbuntuje się mądrze, to będzie stymulowała intelektualnie tę większą grupę, wtedy całe społeczeństwo ma szansę przetrwać i ostatecznie zbudować razem jakiś kompromis. A jeśli ta mniejsza grupa zbuntuje się głupio, to nie będzie posługiwała się argumentami, tylko będzie ciosała ordynarnie w grupę większą, narzucała jej własny imperatyw, zamiast skupić się na właściwym, prawdziwym źródle danego problemu, tematu do dyskusji.

Corida

Źródła:

Racje najmojsze to sformułowanie nawiązujące do filmu pt. „Dzień świra” w reż. Marka Koterskiego

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *