Whiplash (2014) w recenzji Tostera – Droga do geniuszu

Whiplash (2014) w recenzji Tostera – Droga do geniuszu

Co jest miarą artysty prawdziwego: wiara we własny talent, czy wybitna szkoła, która pomoże mu się rozwinąć? Otóż ani pierwsze, ani drugie – i dokładnie o tym traktuje ten film!

„Whiplash” wbrew pozorom, albo wbrew powszechnej interpretacji, w rzeczywistości wcale nie opowiada o grze na perkusji, ani nawet o muzyce – dziedzina pasji ukazana w tym ruchomym obrazie pozostaje wyłącznie pretekstem, metaforą do zilustrowania relacji mistrz-uczeń. Relacji nieco już zapomnianej i zdeprecjonowanej wskutek popularnie unoszących się na różnych powierzchniach życia opinii… Ten film obrazuje nic innego, aniżeli progres, pod jaki musi podlec człowiek, by ustanowić swoją dojrzałą tożsamość i wynikające z niej konsekwencje w postaci realnego, niepodważalnego geniuszu. Słowo „musi” zostało potraktowane boldem, gdyż nie mowa o przymusie, zmuszeniu, zniewoleniu i poniżeniu ucznia po to, by stał się on „bezkształtną masą” analogiczną do żołnierza lub sportowca, którego należy „wytresować” tak, aby był w stanie w sposób tępy, odruchowy i nieomal instynktowny (bez udziału swej sceptycznej świadomości) wykonywać rozkazy, polecenia dowódcy – czy trenera. Zupełnie nie o tym opowiada film! Nie o „tresurze”, o znęcaniu się, o żadnej „musztrze”.

Perkusja, świetna ścieżka muzyczna i udźwiękowienie, to tylko oczywiste zalety i prostolinijne, acz plastyczne i kuszące, metafory zawarte w „Whiplashu”, który to film w sposób czysty i arcy-skutecznie utrzymujący widza w napięciu emocjonalnym – de facto rysuje niesłychanie specyficzną relację mentora i nieopierzonego pisklęcia; nie przeczę, że pozostaje ona relacją trudną do pojęcia przez widzów zaliczających się do kategorii konsumentów. Natomiast wszyscy wykraczający poza tę kategorię – nie żywią żadnych wątpliwości wobec faktu, że najważniejszą wartością tego filmu pozostają przysłowiowe „krew, pot i łzy”.

Jakim konkretnym obrazem, ilustracją, malunkiem zostajemy poczęstowani, oglądając „Whiplash”? Z pierwszego planu uderza nas po oczach główny bohater: młody chłopak, który podjął edukację w „szkole marzeń”, ponieważ jego priorytetem jest zdobyć perfekcyjne wykształcenie i zostać perfekcyjnym muzykiem, perkusistą. Chłopak prezentuje się mimozowato, nadwrażliwie i mizernie, ale widz wie, rozumie, że ów bohater ma w sobie „bombę zegarową” – marzenie i zarazem przeświadczenie o tym, iż pragnie być wielki, pragnie być genialny. Pytanie brzmi: kiedy – i czy w ogóle – ta bomba zegarowa wybuchnie?…

Whiplash (2014) w recenzji Tostera – Droga do geniuszu 1

Do „szkoły marzeń” chłopak udał się ze szczególnie mocno osadzoną premedytacją: po to, by być wielkim; on nie zgodzi się na żadne półśrodki. Po czym gwałtownie ten „amerykański” – lub po prostu ludzki, archetypowy – sen o sobie samym, zderza się z twardym, rzeczywistym światem, czyli z nieprzejednanym, a i złośliwym, zimnym, podłym, brutalnym, wręcz obscenicznym i więcej niż kategorycznym mistrzem. Dalej fabuła filmu rysuje się następująco – mistrz puszcza do „żółtodzioba” oko, „żółtodziób” się nabiera i gubi prawidłową perspektywę, mistrz nie ustaje w wysiłkach bycia osobnikiem nie do zniesienia, „żółtodziób” próbuje wytrzymać, znieść, pozwala się poniżać, poniża sam siebie i…

…w tym filmie nie ma mowy o wzajemnej nienawiści. Celem, który uświęca wszelkie środki – niezależnie od tego, czy komu się to podoba, czy nie – niezmącenie pozostaje sztuka, rozumiana tu jako rozwój, geniusz i prawdziwa wirtuozeria. Bo realna, wysoka sztuka – nie znosi kompromisów, i nigdy się na nie zgodzić nie może, nie powinna, i nigdy tego nie zrobi. Dlatego przez gęste sito mistrza, wizjonera, prawdziwego mentora i artysty – mogą „przecedzić się” wyłącznie jednostki bezspornie wybitne. Te, które już na etapie naboru do szkoły, zawierają w sobie potencjał geniuszu. Pytanie brzmi: kiedy ten geniusz zostanie wydobyty? Ile czasu potrzeba? I kogo trzeba – by przeprowadził nas, nieśmiałych jeszcze, krypto-geniuszy przez nader mroczny korytarz braku świetnych umiejętności, byśmy później mogli faktycznie i niezastąpienie rozbłysnąć?

Z tymi pytaniami zmaga się mistrz, mentor. I zmaga się z nimi w samotności. Gdy wychodzi do tłumów, prezentuje nam tylko swoją wielce okrojoną personę: jest nią rasowy tyran i perfekcjonista, człowiek pozbawiony bez mała jakichkolwiek skrupułów… Gdy zaś zapada kurtyna, ten sam człowiek, czyli „tyran”, w sposób miękki i nieomal romantyczny, marzy dokładnie o tym samym, o czym marzy pisklę: o odkryciu geniuszu. Pisklę może okazać się geniuszem, a on – mentor – zrealizuje siebie za pośrednictwem tego pisklęcia. Jego (mentora) rola w świecie sztuki jest przeogromna i równie wielce bezlitosna, co rola „doskonałego architekta”, który w sposób niezrozumiały dla gawiedzi, topi Ziemię w zarazach i potopach, aby ukarać…

Owa pseudo religijna wizja całości tego cudownego przedstawienia, jakim jest „Whiplash”, to tylko pozory widzenia całości przez maluczkich. Prawda o tym filmie jest inna: mistrz szturcha, wyzywa ucznia i upokarza, by odfiltrować swój czas i wykwintnie cenne umiejętności z myślą o tych, którzy bezdyskusyjnie na nie zasługują. Innymi słowy, tym różni się mistrz i mentor od niby nauczyciela, że kieruje nim autentyczne powołanie. Jego świadomość materii, w której rzeźbi sztuka (we wszelkich swoich dziedzinach i odsłonach), jest zbyt wysoka, by trwonić ją na kompromisy, rzeczy małe, połowiczne i poprzez to – nieważne. Prawdziwym celem jest odnaleźć niezaprzeczalną, wyjątkową perłę – ale takowych nie znajduje się inaczej, niż poprzez skłonienie do polerowania talentu oraz poprzez bezkompromisowe odsianie słabych mentalnie i „zahukanych”, by w efekcie sprzeniewierzyć ich słabość a uleczyć, ugórnolotnić samą sztukę… Polerka ta nie znajduje od epok innych prawideł, niż tłuczenie głową o mur… Oto już granica, z którą mierzy się zawsze właśnie on: „żółtodziób”, adept, pisklę… Oto jest dojmująca orka – a kiedy chcesz być wielki, oto twoja jedyna droga; nie ma innych.

Whiplash (2014) w recenzji Tostera – Droga do geniuszu 2

Jeśli człowiek podskórnie odczuwa w sobie ten genialny potencjał, będzie walił łbem o mur, aż ukażą się przysłowiowe „krew, pot i łzy”. W tym filmie zostały one ujawnione dosłownie, jako krew młodego perkusisty płynąca z odcisków od trzymania pałek, od zapalonego uderzania w bębny… ale to wyłącznie pretekst, bo w każdej dziedzinie sztuki, pasji, wygląda to dokładnie tak samo. Dostajesz pęcherzy, które pękają, gdy – grasz, malujesz, rysujesz, tańczysz, czy piszesz… A „najzabawniejsze” jest to, że robisz to sobie z własnej woli, nikt cię nie zmusza. Kiedy w twojej głowie cichnie na błogą, pojedynczą, marną chwilę głos złowieszczego, bezlitosnego mentora – ty, zamiast spokojnie położyć się do łóżka i zdrzemnąć, dalej nie śpisz, by samowolnie tłuc w bębny, by ćwiczyć warsztat do utraty przytomności, do bladego świtu…

Z tego świata nie można zawrócić: kiedy masz być wielki, będziesz. A ten „okrutny” mentor, kiedy już przebrniesz przez całą edukację, stanie się twoim najlepszym przyjacielem, najbliższą rodziną. To z nim będziesz chodził na piwo, nie z ojcem, który nigdy cię nie rozumiał. Właśnie to wyjątkowe i najlepsze przymierze (uczeń-mistrz) sugeruje finalna scena, uśmiech mentora, ukazane w filmie – z tym uśmiechem nic w życiu (w rozumieniu artysty) nie może się równać. I nic – nie równa się; ten uśmiech, to pozawerbalne przymierze jest najważniejsze. Jest podziękowaniem (mistrza wobec ucznia, i ucznia wobec mistrza), i jest wzajemnym porozumieniem, jak i ukoronowaniem oraz osobistym świętem – wstąpienia adepta na drogę wysokiej, realnej, prawdziwej sztuki, oraz dziełem mistrza – przekazaniem pałeczki w niezmąconej sztafecie pokoleń.

A jeśli nadal nie rozumiesz, nie jesteś przekonany, o czym opowiedział Ci ten film, dowiedz się jednego i uszanuj tę informację: ten film warto zobaczyć chociażby dla J. K. Simmonsa, który został za swoją kreację wyróżniony Oscarem, za rolę drugoplanową. Gdyby ode mnie zależało uznanie tego aktora Oscarem, przyznałabym mu w jednym rozdaniu dwie statuetki: za drugoplanową, i za pierwszoplanową rolę jednocześnie. Bo nawet kiedy nie widzimy go na ekranie, ta postać żyje w naszych głowach – istnieje w świadomości, nawet kiedy jest niewidzialna.

Ten obraz filmowy kłóci się z widokiem artystów w świetle rampy, wręczania medali, z wizerunkiem chwili widzianej w złudnym strumieniu „fleszów” i chwały – pracowni artysty przeważnie nikt nie odwiedza, nie widzi toteż tych lat, kiedy artysta wali głową o mur, kiedy orze… Gdy artysta wykracza zwycięsko z tej bitwy, z tego „odwiecznego” starcia, by stanąć w jasnym świetle, trwa to zaledwie sekund pięć… Dodajmy, że przez ten mur, w jaki tłucze głów sto, zwycięsko przebija się osobników jeden albo dwóch… i o tym jest ten film: o prawdziwym geniuszu, i prawdziwej drodze do jego uzewnętrznienia. Nie o wierze w siebie, ani przeciwnie – o kompleksach, nie o tyranii i braku empatii oraz litości, nie o szkole wybitnej, bo prawdziwy geniusz – i jego mentor – kwitną zawsze poza murami uczelni.

Whiplash (2014) w recenzji Tostera – Droga do geniuszu 3

Ten film jest o prawdzie: geniusz nie potrzebuje litości, tylko wydobycia. A sztuka nie znosi żadnych kompromisów; rządzi się własnymi, niezwykłymi prawami. Jej miarą, prócz oczywistego talentu, nieustająco pozostaje siła poświęcenia, do jakiej jesteś zdolny – oto Twój prawdziwy talent. Wrażliwość nie wystarczy – niezbędna jest siła wewnętrzna i organiczna gotowość do wszelakich wyrzeczeń. Ty wyrzekasz się zbytecznego chaosu, nieokiełznania, niewiedzy – Twój mentor wyrzeka się empatii, człowieczeństwa. Ale nie ma znaczenia poniżenie, nie ma znaczenia Twój wysiłek – cielesny, intelektualny i emocjonalny. Bo kiedy w rezultacie orki chociaż przez chwilę otrzesz się o tę wymarzoną sztukę – wtedy nie żałujesz ani jednej sekundy poświęconej na wcześniejszą tułaczkę i ofiarność… i wtedy doświadczasz nowego głodu, który mobilizuje Cię w kierunku dalszego rozwoju – i wielkości… by zacząć wszystko od początku…

Od początku. Od początku. Od początku…

W artyzmie nie ma miejsca na brokatową, polukrowaną chwałę, na bycie w samym centrum podziękowań za istnienie, za bycie sobą: skupionym na szczegółach i profesjonalnej dbałości o poziom wystąpień, czy dzieł. Prawdziwy artysta – poza latami orki, bycia wyizolowanym z życia, zamkniętym w swojej pracowni, w których to latach zawsze pozostaje nieobecny – tu i teraz sprawia, że liczy się jego „muzyka” i sprzymierzony oraz zasłużony uśmiech mentora. Dla publiczności – są one niedostrzegalne (i wielkość, i uśmiech), bo publiczność widzi sam efekt, nie widzi mentora, nie widzi drogi ucznia, widzi własne wzruszenie albo jego brak, widzi swój gust, siebie; to doprawdy niekoniecznie wiele…

… na tym polega ta orka. Kto choć raz jeden marny otarł się o sztukę, ten rozumie. Kto wyposażony w piękną wrażliwość, ten rozumie. Kto nie rozumie, ten konsumentem. Kto nie rozumie, ten panem innej, węższej wrażliwości.

Whiplash (2014) w recenzji Tostera – Droga do geniuszu 4

O wartości tego filmu stanowi niewątpliwie doskonały, zwarty, koncentryczny montaż, za jaki uhonorowano Oscarem Toma Crossa. Również świetny, przestrzenny, plastyczny i docierający  do samego centrum wyobraźni widza – dźwięk, i w tej kategorii także Oscar dla Bena Wilkinsa, Craiga Manna i Thomasa Curley’a. Zresztą wszyscy panowie nagrodzeni Oscarami wykonali masę bardzo dobrej roboty, a nominacje do Oscarów w kategoriach Najlepszy film oraz Najlepszy scenariusz adaptowany – tylko podkreślają jakość tego przedsięwzięcia i mocno ukorzeniają jego całokształt. Dlatego z pełną odpowiedzialnością należy uznać zamysł twórców, przyjrzeć mu się uważnie, ponieważ dostarczyli nam w stu procentach dopracowaną, kapitalną historię do naszego osobistego wglądu, i choć nikt z nas nie ma obowiązku uznać „Whiplash” za arcydzieło, bez dwóch zdań – jest to kawał porządnego kina, potrafiący dostarczyć mnóstwa uzasadnionych wzruszeń, niepokojów i powodów do głębokiego zastanowienia nad życiem i jego rozmaitymi realiami. Uważam ponadto, że wszyscy marzący o karierze artystycznej, powinni koniecznie zmierzyć się z tą lekturą filmową – może być im ona niezwykle pomocna w pojęciu nieuniknioności hartowania siebie i swoich wyobrażeń, w zrozumieniu niemożności uniknięcia bolesnej „ścieżki zdrowia”. Natomiast wszyscy pragmatycy, nie zajmujący się sztuką a będący jej fanami i odbiorcami, uzyskują za pośrednictwem tego filmu niesłychanie apetyczną możliwość bezkarnego zajrzenia na tak zwaną drugą stronę sztalug czy kurtyny, by przekonać się naocznie, jak to się robi, jak się do tego dąży, jak to się staje… że ktoś jest artystą, a ktoś – nie. Nad tym drugim osobnikiem nie ma co płakać (uwaga, spojler: mowa o pulchnym nieśmiałku, wyrzuconym z lekcji). A tego pierwszego nie ma co podziwiać, póki nie okrzepnie on w swojej pokorze i nie pokocha swoich –  ambicji i poświęceń. Jeśli więc zechcecie uznać treść tego filmu za nierealną, przerysowaną czy karykaturalną – oczywiście nikt nie ma prawa Wam zabronić, ale uzmysłówcie sobie jedno: nie macie racji. A jeśli nie chcecie mi uwierzyć, że nie macie racji, bądźcie uprzejmi zażywić wobec swojej pewności – chociaż skromną kroplę wątpliwości.

Justyna Karolak

Ciekawostki:

Jacek Świąder na łamach Wyborczej.pl podaje, że: „W 2013 r. Damien Chazelle przyjechał do Sundance z krótkometrażową wersją Whiplash. Dzięki zwycięstwu w konkursie filmów krótkometrażowych zdobył pieniądze na sfinansowanie pełnego metrażu. Filmem o budżecie 3,3 mln dolarów, nakręconym w 19 dni, rok później wygrał główny konkurs w Sundance. Na kinie niezależnym ta historia się nie skończy – J.K. Simmons nominację do Oscara za rolę drugoplanową ma jak w banku”. Dodajmy: tak, zdobył ją! Nie tylko on (przyp. red.: patrz – zdobyte Oscary oraz nominacje wymienione w treści artykułu)!

 

 

I w formie komentarza od redakcji:

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *