Witajcie w przyjemnych czasach

witajcie-w-przyjemnych-czasach-5

Epokę trwającą od kilkudziesięciu lat zwykło się nazywać ponowoczesną lub postmodernistyczną. Jej złożoność oddaje już sama terminologia, którą posiłkują się badacze i krytycy współczesnej rzeczywistości społecznej. Społeczeństwo konsumpcyjne, społeczeństwo doznań, ryzyka, społeczeństwo mediów, informacji – to tylko przykładowe określenia, za pomocą których usiłuje się uchwycić sedno natury zbiorowej. W nazewniczym rozgardiaszu naukowym prześcigają się w trafności diagnozy stawianej kondycji ludzkiej określenia typu: poszukiwanie doznań, pluralizm potrzeb i wyborów, fragmentaryczność i zmienność rzeczy oraz stanów, sekularyzacja, indywidualizm, samorealizacja. Socjolodzy, antropolodzy, kulturoznawcy i aksjolodzy analizują kryjące się za owymi zjawiskami przemiany zachodzące na poziomie mentalności, obyczajów, systemów wartości. Nie szczędzą przy tym krytycznych sądów i ocen, niepokojących, niekiedy wręcz alarmujących prognoz. Choć z poziomu pojedynczego aktora/statysty – uczestniczącego w rozgrywającym się właśnie odcinku historii cywilizacji i czerpiącego z jej imponującego dorobku – nie widać powodów do niezadowolenia, przyda się chwila refleksji, rachunek (zbiorowego) sumienia.

W całym bogactwie natury ludzkiej pokaźne miejsce zajmują wartości i potrzeby. Gdyby iść dalej tropem tej oczywistej myśli, zaprowadzi nas ona niewątpliwie do kolejnej, równie po wielokroć powtarzanej, mianowicie że owe elementy psyche bywają zmienne  i względne. Na nich to spoczywa niemały ciężar odpowiedzialności za grzechy główne społeczeństwa ponowoczesnego.

Gdy byłam mała, dziadkowie, rodzice i inni dorośli w każdym przekazie słownym wpajali mnie i moim rówieśnikom zasady moralne, wówczas powszechnie uznawane i obowiązujące. Dzisiaj zatarło się brzmienie owych nakazów i zakazów, ale ich idea pozostała. Jest moim wewnętrznym głosem podpowiadającym priorytety i sposób postępowania. One organizują moje życie, w którym: najpierw jest pora na pracę i obowiązek, potem na odpoczynek i przyjemność; aby do czegoś dojść, trzeba czasu, starań i wyrzeczeń; pieniądze to nie wszystko; nie wszystko można mieć; moje potrzeby nie są najważniejsze, trzeba też liczyć się z innymi. Człowiek wchodził zatem w dorosłe życie wyposażony w pewien kanon moralny, który, choć nie zawsze w pełni urzeczywistniany, w pewnym stopniu kształtował postawy i organizował ład wewnętrzny. W dwudziestym pierwszym wieku takie wspomnienia wywołują zdziwienie, politowanie, rozbawienie. Brzmią bardziej anachronicznie niż bajka o erze „przed komputerami”. W świecie multimożliwości nie przysługuje już jeden pakiet wartości, lecz całe spektrum opcji do wyboru, do koloru i na miarę indywidualnych, doraźnych potrzeb. Dawny porządek aksjologiczny kojarzy się ze zbędnym ekwipunkiem utrudniającym swobodne poruszanie się po labiryncie wyzwań i alternatyw życiowych. Prawdziwym hitem stają się natomiast wartości samorozwojowe, które przekładają się na przyjemność, urozmaicone życie, rozrywkę, maksymalne zaspokojenie potrzeb własnych oraz samorealizację, kreatywność, swobodę i niezależność [1]. Ich wspólnym mianownikiem jest to, że wykluczają wszelki obowiązek, przymus czy powinność. Człowiek dryfuje zatem na fali wolności – świadom swych praw, asertywny i waleczny wobec jakichkolwiek prób przeszkodzenia mu w wyprawie życia – ku wyłaniającym się na horyzoncie coraz to innym i ciekawszym tożsamościom, stylom i sensom. To, do którego lądu dobije, nie jest już tylko sprawą losu, pochodzenia, przynależności, wykształcenia. Ani też zasługą wychowawców, autorytetów czy kapłanów, których głos zagłusza jazgot rozpędzonej machiny cywilizacyjnego postępu i ekspertów nowej generacji. I choć rejs to niekiedy samotny, to żeglarz sam sobie sterem śmiało trzymającym kurs na wynurzające się co rusz zwiastuny nowych możliwości. Niczym wprawny nawigator bezbłędnie prowadzi swój okręt na szerokie wody przyjemności, omijając jednakowoż sprawnie mielizny utrudniające dotarcie do upragnionych celów.

witajcie-w-przyjemnych-czasach-2

Czyż zatem ów żeglarz ma być uosobieniem hedonistycznej osobowości naszych czasów, a jego wyprawa – metaforą nieustannej pogoni za dobrami tego świata? Czy mają prowokować i być pretekstem do jednostronnej, negatywnej oceny współczesnych tendencji globalnych? Czy są, wreszcie, wyrazem niepokoju i niezgody na zachodzące wraz z rozwojem cywilizacyjnym zmiany mentalności, obyczajów, systemów wartości i dążeń ludzkich? Jakkolwiek te intencje mogłyby być uzasadnione (znajdują zresztą wyraz w bogatej  literaturze przedmiotu), odpowiedź, mnie samej do końca nieznana, wyłoni się, jak sądzę, w trakcie dalszych poszukiwań. Pozostawiwszy więc hipotezy i założenia w twierdzach nauki, pora otworzyć nieco szerzej drzwi ponowoczesnych przybytków rzeczonej przyjemności.

Gdyby wyjść od niektórych definicji przyjemności – tłumaczących ją jako stan będący odwiecznym celem dążeń i poszukiwań człowieka, wpisanym w jego naturę – i na nich poprzestać, można by właściwie zaniechać dalszych dociekań. Czy bowiem myśl Freuda, że „ego dąży do przyjemności, chce zaś uniknąć przykrości”[2], mimo nadmiernej lapidarności, nie oddaje celnie i ponadczasowo istoty przyjemności? Co złego tkwi w jej poszukiwaniu i osiąganiu, jeśli, jak twierdzi J.M. Guyau, jest ona nieodzownym warunkiem istnienia jako przeciwwaga dla cierpienia?[3] Dlaczego sieje tyle zgorszenia i oburzenia, skoro, jak podają niektóre słowniki, jest „miłym uczuciem wywołanym dodatnimi bodźcami”[4],  „tym, co wywołuje uczucie zadowolenia”?[5] Z pewnością za bardziej kontrowersyjne można by uznać skrajne postawy starożytnych wyznawców hedonizmu uważających, że „przyjemność jest jedynym dobrem, a przykrość jedynym złem”, czy nowożytnych, głoszących pochwałę rozkoszy jako najwyższego dobra i nawołujących do używania życia[6]. Trudno też nie polemizować z przekonaniem J. Benthama, jakoby „o wartości rzeczy i zachowań świadczyła jedynie ilość dostarczanej przez nie przyjemności”[7]. Jednak nic tu po choćby najwnikliwszych dociekaniach i definicjach – i tak nie ujmą samemu pojęciu abstrakcji, a jego ocenom subiektywizmu.

Przyjemność w ogóle, a zwłaszcza jej najnowsza wersja, doskonale wpisuje się w ponowoczesny krajobraz. Tak jak pozostałe jego fragmenty, bywa powierzchowna, pospieszna, krótkotrwała, zmienna, heterogeniczna, skondensowana, nienasycona i niecierpliwa. Rozpoznać ją nietrudno: przejawia się w sferze emocji, uczuć, na poziomie cielesnym, duchowym i mentalnym. Podąża w ślad za zaspokojeniem potrzeb, spełnieniem pragnień, osiągnięciem sukcesu, realizacją celów i dążeń. Pojawia się pod różnymi postaciami  i ze zmienną intensywnością: od zadowolenia, radości, satysfakcji, entuzjazmu, uczucia spełnienia i dostatku po rozkosz czy szczęście. Przez jednych pożądana i hołubiona jako dobro nadrzędne, przez innych potępiana niczym grzech słabości i małości. Wznoszona na piedestały za panowania oświeceniowej idei używania życia, spychana do lochów za rządów purytańskiej ascezy. Nieustannie warunkowana i reglamentowana przez religie, kultury i filozofie, przyjemność znów święci triumfy w ponowoczesnej paradzie ofert i wariantów życiowych. Opuściła zaułki purytańskiego wstydu i wstrzemięźliwości, stała się wyzwolona. Powszechne przyzwolenie na korzystanie z życia i czerpanie z niego radości, nawet jeśli wciąż skrywane na poziomie deklaratywnym, jest aż nadto widoczne w powszednich praktykach.

Długo można by wyliczać źródła przyjemności, jakie tkwią w naszej cywilizacji. Jakakolwiek próba ich sklasyfikowania wydaje się daremna ze względu na nieustanne „rozmnażanie się” owych źródeł, czego efektem jest konieczność ciągłej aktualizacji ich listy. Dodatkowa trudność usystematyzowania zjawiska wynika z nieostrego zakresu definicji przyjemności oraz z wielopłaszczyznowości i wielopostaciowości jej występowania. Najczęściej jednak wskazywanymi i typowymi „wyzwalaczami” miłych doznań są: konsumpcja, dobrobyt, rozrywka, usługi skierowane na pielęgnację ciała oraz ducha, media i internet. Na nich koncentruje się znaczna część aktywności ludzkiej, choć wszystkie, prócz dwu ostatnich, towarzyszą człowiekowi od dawien dawna, a więc nie są domeną ostatnich dekad.

witajcie-w-przyjemnych-czasach-3

Spośród wymienionych dziedzin najwięcej emocji narasta wokół konsumpcji, niechlubnej wizytówki naszych czasów, ucieleśnienia materialistycznych aspiracji i zwycięstwa „mieć” nad „być”. Jej masowa skala i progresywny charakter doprowadziły do zjawiska zwanego konsumpcjonizmem. Obejmuje on całe spektrum postaw i zachowań jednostki zorientowanej na zaspokajanie własnych, szeroko rozumianych, potrzeb poprzez nabywanie wszelakich dóbr i korzystanie z różnorodnych usług. Siła jego oddziaływania i przyciągania nasuwa pewną analogię do ruchu religijnego zrzeszającego rekordową liczbę wiernych skupiających się wokół wspólnego dekalogu, rytuałów i obrządków. Nad ich decyzjami i wyborami czuwają rzesze kapłanów: od zwykłych parafialnych księży (sprzedawców, doradców, konsultantów) po biskupów (speców od marketingu, reklamy oraz innych decydentów czuwających zdalnie nad konsumpcyjnymi decyzjami i poczynaniami). Jako dobrze zarządzana organizacja  posiada sprawnie działający aparat sprawowania niewidzialnej władzy oraz rozbudowaną sieć „akwizytorów wiary” docierających do swych stałych i potencjalnych członków. Ich zadaniem jest głoszenie idei konsumpcjonizmu w atrakcyjny i przystępny sposób, prezentowanie i proponowanie coraz to nowszych rozwiązań podnoszących jakość życia, ciekawszych modeli jego kształtowania. Należący do wspólnoty wolni są od jakiegokolwiek wysiłku, wyrzeczeń, zobowiązań; jedyne, czego się od nich oczekuje, to wola współuczestnictwa w misterium (kultywowaniu dobrobytu i dobrostanu), które prowadzi poprzez stan ekscytacji i podniety oczekiwaniem do punktu kulminacyjnego, to jest do nasycenia, upojenia, ukontentowania. Nagrodą za udział w nabożeństwie może być, prócz zaspokojenia potrzeb utylitarnych, odreagowanie negatywnych uczuć i napięć, wypełnienie pustki emocjonalnej i egzystencjalnej, oderwanie od realiów i trudów szarej codzienności, zrekompensowanie niepowodzeń w życiu uczuciowym i zawodowym. Szczególnym wyróżnieniem dla najwytrwalszych i najgorliwszych wiernych jest przepustka do wyższych form bytu w aureoli prestiżu, pozycji i statusu. Niezależnie jednak od wniesionego wkładu każdy członek wspólnoty znajdzie w świątyniach konsumpcjonizmu antidotum na swoje bolączki. Czekają tu na niego tolerancyjni kapłani, niezważający na jego słabości i grzeszki (próżności, lenistwa, marazmu intelektualno-duchowego), udzielający mu rozgrzeszenia z chwilą przekroczenia progów przybytku. Ich misją jest wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom (masowym i indywidualnym), wyprzedzanie marzeń, spełnianie ich w coraz atrakcyjniejszej formie, organizowanie specjalnych uczt dla ciała i zmysłów.

Nasuwający się wobec powyższego wniosek, że „religia” konsumpcyjna wypiera religię sensu stricte, może razić zbytnią zuchwałością, choć postępujący proces sekularyzacji nie pozostawia złudzeń co do zmiany priorytetów aksjologicznych w świecie ponowoczesnym. Rozwój cywilizacji stymuluje przeobrażenia społeczno-kulturowe, determinuje nowe cele oraz trendy. W zapomnienie odchodzą niektóre tradycyjne normy i zasady moralne, wartości fundamentalne ustępują miejsca utylitarnym, a ideały i wzorce nie są już nikomu potrzebne. Dylematy duchowe zastępuje rachunek zysków i strat, kalkulowanie wymiernych korzyści. W życiu codziennym znajdują zastosowanie chłodny racjonalizm i znajomość reguł biznesu: w cenie jest umiejętność zarządzania sobą, swoim czasem, sukcesem, a nawet emocjami. Rozchwiany system wartości ruguje zasady powinności i ograniczeń, zwalnia z obowiązku i odpowiedzialności, deprecjonuje wysiłek i wyrzeczenie. Rządzi się nowymi prawami, w myśl których wszystko wolno, wszystko jest możliwe, wszystkiego warto spróbować. To, co kiedyś było niedopuszczalne i nieosiągalne, dziś jest dozwolone i dostępne (w ramach środków, czasu i przestrzeni) w przeróżnych postaciach, stylach i wariantach, nawet jeśli tylko w przebraniu fikcji i iluzji. Z jednej strony następuje więc przekraczanie granic i skracanie dystansów, z drugiej – zawężanie perspektywy, niewychodzenie poza teraźniejszość. W miejsce jasnych i rygorystycznych kryteriów etycznych pojawiają się relatywizm, wybiórczość i subiektywna dowolność zasad i poglądów. Miarą wartości rzeczy i zdarzeń jest ilość i jakość dostarczanej przez nie przyjemności, która urosła do rangi bezcennej, a być może i wiodącej wartości w erze ponowoczesnej.

Dzisiejsza przyjemność to coś więcej niż zwyczajne zadowolenie lub, jak ktoś woli, miłe uczucie wywołane zabawą, rozrywką, pełnym żołądkiem i portfelem, swobodnym surfowaniem po kanałach telewizyjnych i stronach internetowych. Można powiedzieć, że jest bardziej efekciarska, wyrafinowana, śmiała i uwodzicielska, ale też przystępna i bezwarunkowa. Przyjęła na siebie znacznie więcej funkcji niż jej młodsze, mniej ambitne siostry. Czeka nie tylko na półkach sklepowych i w wytwornych wnętrzach, ale w każdym zakamarku prozy życia. Pojawia się jako doradca, gdy szukamy łatwych i szybkich rozwiązań, pocieszycielka, gdy borykamy się z dylematami i niedogodnościami, wyręczycielka, gdy dopada nas lenistwo i dyletantyzm, jako wybawicielka, gdy uciekamy przed odpowiedzialnością i zobowiązaniami. Jest obietnicą, spełnieniem i zadośćuczynieniem. Wita nas z otwartymi ramionami, gdy wyruszamy na poszukiwanie swojego ego, swojej prawdziwej natury i tkwiących w niej możliwości. Kusicielka przyjemność zaprasza do salonów urody, odnowy i metamorfozy, uśmiecha się z okładek czasopism, z billboardów i ekranów telewizyjnych, zabiera w dalekie, egzotyczne podróże, na poszukiwanie ekstremalnych i podniecających doznań, oferuje łatwą, niemęczącą i niewymagającą rozrywkę, Przemawia ustami kreatorów i ekspertów, którzy radzą, jak zadbać o siebie, zachęcają do zmiany wyglądu, odjęcia sobie zmarszczek i lat, doradców, którzy uczą, jak zarządzać swoim rozwojem i ścieżkami kariery, jak wykorzystać swój potencjał, jak rozpoznać i zaspokoić swoje potrzeby, terapeutów, którzy tłumaczą, jak się nie dać stresowi i pokochać siebie, wreszcie pośredników i moderatorów (blogi i strony internetowe, programy telewizyjne typu reality show), którzy pomagają nam być tym, kim zechcemy, wchodzić w pożądane role, przyjmować dowolne tożsamości, ciekawe i nietuzinkowe osobowości. Wszystkie te i im podobne inicjatywy zdają się być współczesną zgodną odpowiedzią na wezwanie Nietzschego: „Stań się tym, kim jesteś”, które można interpretować jako zachętę do „stawania się tym, kim człowiek jest w istocie; kim pragnąłby być i kim potrafi być”[8]. I tak oto, będąca na każde nasze zawołanie przyjemność przyczyniła się do zaostrzenia naszych apetytów i przyjęcia postawy roszczeniowej. Nie wystarcza nam już stabilizacja rodzinna, materialna i zawodowa,  odpoczynek po pracy i rozrywka od święta. Potrzeby domagają się natychmiastowego zaspokojenia i nieograniczonego wyboru spośród wielu opcji, a zmysły – zaskakujących i odurzających doznań. Czyżby więc Frommowska przyjemność „zaspokojenia braku” straciła swą atrakcyjność w porównaniu z przyjemnością „powstałą z dostatku” i ustąpiła tej drugiej pola?[9] Nawet jeśli niniejsza konstatacja trafnie wpisuje się w diagnozę stawianą współczesnej epidemii przyjemności, to i tak pozostawia kwestię zgłębienia tego fenomenu ciągle otwartą.

Doświadczanie miłych doznań nie jest tylko sprawą jakości i stylu życia. Swobodny dostęp do rynku towarów i usług oraz możliwość czerpania z jego bogatej oferty z pewnością podnoszą poziom bytu i zaspokajają potrzebę prestiżu, lecz wciąż są przywilejem tylko nielicznych, lepiej uposażonych. Nie każdy zatem może w sferze materialnej, poprzez dobrobyt czy luksus,  znaleźć swą drogę do spełnienia. Skłonna jestem zatem twierdzić, że pokusa przyjemności drzemie we wszelakich zachowaniach i decyzjach składających się na realizację projektu pod tytułem „urządzanie własnego życia”. Przyświeca mu dość popularna ostatnio zasada niekomplikowania, a przeciwnie – ułatwiania, upraszczania i skracania dróg prowadzących do upatrzonych celów, innymi słowy – maksymalnego wykorzystania okazji i możliwości w jak najkrótszym czasie, przy minimalnym wkładzie (wysiłku, starań, inwencji) własnym. Takie podejście jest niejako wymuszone przez zbyt nieproporcjonalny stosunek zdolności absorpcji jednostki do globalnego potencjału współczesnej cywilizacji. Inaczej rzecz ujmując, człowiek nie jest w stanie podołać natłokowi możliwości, jakie się przed nim otwierają, nie nadąża z ich wyborem, a przy tym nie potrafi się im oprzeć i nie chce z żadnej zrezygnować. Nie bez kozery dla opanowania tej sztuki zaleca się wspomniane już techniki zarządzania, które, trywializując, można zamknąć w jednym zdaniu: „Wyciśnij z życia, ile się da, i nie daj się zwariować”.

witajcie-w-przyjemnych-czasach-4

Przedsięwzięcie, które nazwałam urządzaniem swojego życia, jest poniekąd „zasługą” kultury indywidualizmu. Tak ważne w ideologii konsumpcjonizmu dobra materialne, zapewniające poczucie zadowolenia, tutaj wspomagają jedynie proces osiągnięcia nadrzędnych celów, jakimi są: samorealizacja, samorozwój, samospełnienie. Przedrostek „samo” wskazuje podmiot działań, którym jest niezmiennie jednostka. „Ja” występuje jako obiekt inwestycji, poszukiwania i poznawania siebie po to, by stać się sobą „prawdziwym”. Zasada: „Musisz być taki sam” (jak wszyscy) ustępuje miejsca nowej maksymie: „Musisz być inny”[10] (wyjątkowy, wyróżniający się). Ideologia indywidualizmu przywraca człowiekowi prawo do szczęścia, cieszenia się życiem, do korzystania z niego tu i teraz, zamiast odkładania go na potem. Akceptuje zdrowy (?) egoizm, egotyzm, narcyzm. Na drugi plan schodzą postawy i zachowania prospołeczne czy prorodzinne. Wolność jednostki staje się jedną z ważniejszych wartości, nadaje kierunek indywidualnym działaniom i motywacjom, pozwala realizować własne wizje i scenariusze życiowe. Wolność oznacza możliwość wyboru, otwartość na świat, na nowe doświadczenia i wyzwania. Człowiek chce być wolny od konwenansów, od przymusu ekonomicznego i dziedziczenia sposobu egzystencji[11], od zobowiązań – od tego wszystkiego, co krępuje i uzależnia. Ponad wszystko ceni sobie autonomię, samowystarczalność i swobodę wyboru takiego trybu życia, który okaże się zgodny z jego preferencjami, aspiracjami i marzeniami. Jeśli więc związek, rodzina, to tylko pod warunkiem, że nie będą  wymuszały kompromisów i rezygnacji z czegokolwiek (czytaj: z siebie). Jeśli praca, to dająca pieniądze pozwalające realizować własne strategie rozwoju. Człowiek kultury indywidualizmu jest więc stale zaaferowany sobą i poszukiwaniem zadowolenia w akcie autokreacji. Czyni to jednak w sposób zracjonalizowany, gdyż zrozumiał, że „źródło [przyjemności] nie tkwi […] w obiekcie, ale w zdolności odczuwania [jej], czyli w kwalifikacjach jednostki do odbierania wrażeń”[12]. Ta wiedza obliguje do pewnej dozy dyscypliny i samokontroli. Zamiast folgować swoim niezdrowym apetytom, popędom i słabościom, świadoma siebie osoba wybiera troskę o własne zdrowie i kondycję. Pomagają jej w tym eksperci, którzy dysponują gotowymi receptami na wszystkie niedoskonałości, braki i problemy natury cielesnej, krótko mówiąc – na wieczną młodość i nieśmiertelność. Wykwalifikowani terapeuci – odpłatni spowiednicy i powiernicy w jednym – nauczą, jak pielęgnować dobre samopoczucie, zadbać o higienę psychiczną, jak podnieść jakość życia. Cały sztab pozostałych fachowców przeszkoli zaś w dziedzinie inteligencji emocjonalnej, duchowej, seksualnej… Hipochondryczne niepokoje znajdą ukojenie w technikach antystresowych, oddechowych, medytacyjnych. Każdy może więc kupić swoją „pigułkę szczęścia”.

Powyższa charakterystyka odsłania oczywiście dość skrajny, wręcz karykaturalny model pogoni za przyjemnością. Ponowoczesność jest jednak swoistą wylęgarnią takich przypadków, podobnie jak paradoksów i ambiwalencji. Raz, wymagająca, rozbudza potrzebę doznań wyższych (duchowych, estetycznych), zgłębiania tajemnic bytu, poszerzania świadomości, mając już w zanadrzu wyrafinowane, ekstrawaganckie formy ich zaspokojenia (kursy rozwoju osobistego, nauczyciele duchowi). Kiedy indziej, pobłażliwa, schlebia najmniej wybrednym gustom: poprzestaje na łatwych, płytkich, pełnych blichtru i kiczu propozycjach (kultura masowa). W takim gąszczu możliwości człowiek poszukuje z jednej strony doświadczeń inspirujących, poszerzających horyzonty, z drugiej – nieabsorbujących, niewymagających kwalifikacji i refleksji. Ta dwoistość potrzeb wymusza na twórcach i propagatorach idei artystycznych bądź religijnych wypośrodkowanie i kompromis. Artyści i mecenasi sztuki, a niekiedy i księża, chcąc przyciągnąć audytorium, skłonni są tak opakować swój „produkt”, aby zechciał go skonsumować masowy, przeciętny klient. W rezultacie trafia do niego łatwo strawny substytut. Ponowoczesność rozpala pragnienie poznania głębi życia, odsuwając ją jednocześnie na bezpieczną odległość, zostawiając tylko jej atrapę, pustą ramę. Wizje zaznania pełni życia również bywają często tylko zwykłymi sloganami mającymi zwabić jak najliczniejsze grono zainteresowanych. Są na tyle skuteczne, że dopiero po fakcie zwerbowani przekonują się, że obiecany lot na Księżyc zakończył się lądowaniem na Marsie, czyli okazał się fikcyjną wyprawą donikąd.

Ponowoczesna przyjemność jest wszechobecna i wszechdostępna zgodnie z powiedzeniem: „dla każdego coś miłego”. W jej bogatym asortymencie znajdzie coś dla siebie i ten, kto jest zbyt ubogi finansowo, aby zdobywać szczyty konsumpcji, i ten, kto jest zbyt ubogi duchem, aby osiągać szczyty rozwoju osobistego. Każdy bowiem może stać się kolekcjonerem wrażeń i doznań, nie wychodząc nawet z domu. Dzięki internetowi, mediom, telefonii komórkowej możemy się poczuć jak uczestnicy objazdowej wycieczki autokarowej, którzy nie wysiadając z autobusu, mogą zza jego szyb podziwiać zabytki i krajobrazy. Jadąc z dużą prędkością, nie są w stanie kontemplować różnorodności, toteż zadowalają się rejestrowaniem jej na kartach pamięci aparatów cyfrowych, by potem móc cieszyć się i chwalić ich pokaźną kolekcją. Notabene, metafora ta jest zupełnie bliska realnym praktykom „zaliczania”  podróży (dalekich), miejsc (modnych), wydarzeń (nietuzinkowych), znajomości (przydatnych).

Posługując się w dalszym ciągu językiem przenośni, sięgnę po kulinarne skojarzenia, które tutaj nazwę „zajadaniem się” przyjemnością. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na przyjęciu, na którym stół ugina się pod ciężarem potraw. Zamiast delektować się jedną, wolimy popróbować wszystkich, jakbyśmy chcieli najeść się na zapas, nie pamiętając potem smaków, zapachów, kolorów. I już pędzimy z pełnymi brzuchami na kolejną ucztę, zwabieni nowymi smakami, zapachami. Dorota Mroczkowska taki model zachowania nazwała bulimicznym[13], odnosząc go do konsumpcji, ale sądzę, że celnie obrazuje współczesną pogoń za wszelkimi uciechami życia.

Z tych pojedynczych, luźnych klisz starałam się, jak dotąd, skleić w miarę czytelny obraz mentalności i postaw ukształtowanych przez potrzeby i wartości przyjemnościowe. Wciąż jednak nie mam pewności co do samego spoiwa, którego właściwości sprawiają, że wizerunek to specyficzny i niepodobny do innych, że aż niepokojący, a zarazem zbyt abstrakcyjny. Czy to sprawka człowieka czy sił wyższych?

Na rzeczywistość można spojrzeć jak na poukładany zbiór matematyczny: jest przyczyna i skutek, bodziec i reakcja. Ale jej elementów nie da się definitywnie uporządkować i oddzielić – podlegają nieustającemu procesowi wzajemnych zależności, oddziaływań i reakcji. W niniejszych rozważaniach interesowały mnie różne aspekty ponowoczesnej idei przyjemności obecnej w potrzebach, wartościach, zachowaniach i postawach. Znajdują się one w ciągłym ruchu: potrzeby są uwarunkowane wartościami, ale i wartości zmieniają się wraz z potrzebami, jedne i drugie kształtują zaś postawy i zachowania. Między uczestnikami tego procesu zachodzi stała interakcja, łączy ich stosunek współzależności. Wszyscy zaś są jednakowo uwikłani w konieczność cywilizacyjną, są zakładnikami cywilizacji. Jej mechanizm działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego: postęp jest poniekąd odpowiedzią na potrzeby, ale osiągnąwszy pewien pułap, wyzwala nowe potrzeby; jedni nie mogą żyć bez drugich. Podobno mechanizmu tego nie da się zatrzymać. Jest on napędzany przez ludzi, ale jego sterowalność wymyka się ich kontroli. Mamy więc człowieka i żywioł, jednakowo odpowiedzialnych za taki, a nie inny, stan rzeczy. A króluje w nim, jak starałam się dowieść, zasada przyjemności.

Rozwój cywilizacyjny osiągnął już taki poziom zaawansowania, że musi „dorobić” odpowiednią ideologię, która nada sens i tempo dalszemu biegowi zdarzeń. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że gospodarka, dysponująca nowoczesnymi  technologiami, nie nadąża z przerobieniem własnych mocy produkcyjnych, musi więc, paradoksalnie, stale dostarczać takich narzędzi, które ułatwią dostęp do produktów, przyspieszą ich konsumpcję. Koło się zamyka: nowe i nowoczesne generuje chęć i zapotrzebowanie na jeszcze nowsze i nowocześniejsze, przez co należy rozumieć: łatwiejsze w obsłudze, dające więcej przyjemności, szczędzące czasu i trudu. Propaganda (reklama, marketing) przechodzi samą siebie, czarując nas, że dzięki postępowi zyskamy lepsze – wygodniejsze, ciekawsze i przyjemniejsze – życie. Zdobycze ery ponowoczesnej kokietują nas bezustannie, łechcą naszą próżność, wygodnictwo i łakomstwo. Nieopatrznie staliśmy się nieodzownymi elementami systemu, który steruje naszymi potrzebami, pragnieniami tak, byśmy zawsze już byli na jego usługach. Za deklarowaną dbałością o klienta i troską o jego czas, wygodę i samopoczucie stoi dbałość, owszem, ale o własny zysk i dodatni wynik ekonomiczny.

witajcie-w-przyjemnych-czasach-1

Kończąc te rozmyślania, nie mogę oprzeć się pokusie powtórzenia pytania, może przekornego i zaczepnego w kontekście tego, co powyżej i w wielu innych publikacjach zostało powiedziane, a jednak cisnącego się na usta: czy to grzech, że ludzie łakną przyjemności? Jeśli droga do niej wiedzie poprzez samorealizację, samospełnienie, to czy zasługuje zawsze na potępienie i naganę? Tak, jeśli jest tylko aktem kierowania się egoistycznymi pobudkami i miłością własną ponad inne, deptania po drodze wszystkich wartości i celów nieprzydatnych, niekorzystnych i niewygodnych (w sugestywnej, relatywnej  ocenie). Ale jeśli przyznamy rację Maslowowi, że „człowiek ma wewnętrzny pęd do […] pełnej indywidualności i tożsamości […], że zmierza ku coraz pełniejszemu bytowi […]”[14] i tak też rozumiejąc sens swojego istnienia, przekłada go na twórczą pracę nad sobą (nawet jeśli przynosi ona więcej satysfakcji i radości niż trudu i wyrzeczeń), to czy nie należałoby zapisać jego poczynań raczej po stronie dobra niż zła (o ile nie wadzą one i nie szkodzą nikomu)? Oczywiście można by znów dyskutować nad pojęciem pełnego bytu, tak samo zresztą jak nad charakterem ludzkich potrzeb i dążeń, i szukać w nich argumentów „za” albo „przeciw”. Jeśli przemawia do nas teza Hegla, że „natura ludzkich pragnień nie jest dana raz na zawsze, ale zmienia swe oblicze wraz z epokami i kulturami”[15], to czy możemy nakazać człowiekowi ponowoczesnemu, zanurzonemu w oceanie skarbów (dóbr konsumpcyjnych), aby nie wyciągał po nie ręki, nie zwracał na nie uwagi, a najlepiej w ogóle udał się na bezludną wyspę i zapomniał o cywilizacji? Ludzie są tacy jak czasy, w których przyszło im żyć. I na nic zda się propozycja innego filozofa, Rousseau, aby „odrzucić kierat technologii wraz z niekończącym się cyklem potrzeb i [pozwolić] odrodzić się człowiekowi naturalnemu”[16]. Póki co postulat ów brzmi równie nierealnie i niedorzecznie, co (znane już skądinąd) zaproszenie do podróży na Marsa.

Iwona Łabuda-Bobowska

.
BIBLIOGRAFIA

Bauman Z., Ponowoczesność jako źródło cierpień, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2000.

Fukuyama F., Koniec historii, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 1996.

Golka M., Przyjemność i zblazowanie. W: Kultura przyjemności, red. J. Grad, H. Mamzer, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2005.

Grad J., Przyjemność jako istota zabawy. W: Kultura przyjemności, red. J. Grad, H. Mamzer, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2005.

Hostyński L., Wartości w świecie konsumpcji, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2006.

Jacyno M., Kultura indywidualizmu, PWN, Warszawa 2007.

Mały słownik języka polskiego, red. S. Skorupka, H. Auderska, Z. Łempicka, PWN, Warszawa 1968.

Mariański J., Kryzys moralny czy transformacja wartości. W: Imponderabilia wielkiej zmiany, red. P. Sztompka, PWN, Warszawa–Kraków 1999.

Melosik Z., Postmodernistyczne kontrowersje wokół edukacji, Wydawnictwo Edytor,

Toruń–Poznań 1995.

Mroczkowska D., Szybkość i pośpiech jako źródła przyjemności. W: Kultura przyjemności, red.

J. Grad, H. Mamzer, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2005.

Nowy słownik poprawnej polszczyzny, red. nauk. A. Markowski, PWN, Warszawa 2002.

 

[1] J. Mariański, Kryzys moralny czy transformacja wartości. W: Imponderabilia wielkiej zmiany, red. P. Sztompka, PWN, Warszawa–Kraków 1999, s. 252.
[2] Za: J. Grad, Przyjemność jako istota zabawy. W: Kultura przyjemności, red. J. Grad, H. Mamzer, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2005, s. 18.
[3] Za: M. Golka, Przyjemność i zblazowanie. W: ibidem, s. 40.
[4] Mały słownik języka polskiego, red. S. Skorupka, H. Auderska, Z. Łempicka, PWN, Warszawa 1968, s. 668.
[5] Nowy słownik poprawnej polszczyzny, red. nauk.  A. Markowski, PWN, Warszawa 2002, s. 802.
[6] M. Golka, op. cit., s. 38.
[7] Za: ibidem, s. 39.
[8] L. Hostyński, Wartości w świecie konsumpcji, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2006, s. 47.
[9] Za: ibidem, s. 51.
[10] Z. Melosik, Postmodernistyczne kontrowersje wokół edukacji, Wydawnictwo Edytor,

Toruń–Poznań 1995, s. 198.
[11] M. Jacyno, Kultura indywidualizmu, PWN, Warszawa 2007, s. 55.
[12] Ibidem, s. 210.
[13] D. Mroczkowska, Szybkość i pośpiech jako źródła przyjemności. W: Kultura przyjemności,

op. cit., s. 118.
[14] L. Hostyński, op. cit., s. 49.
[15] Za: F. Fukuyama, Koniec historii, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 1996, s. 101.
[16] Za: ibidem, s. 130.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Pingback: TOSTER PANDORY 2016 – BILANS ROCZNY I WYBRANE ARTYKUŁY – Toster Pandory

  2. Czy to grzech, że ludzie łakną przyjemności? Pani Iwono, swoim znakomitym artykułem, w którym zadaje Pani to arcyciekawe pytanie, pobudziła Pani mój umysł do wytężonego zastanowienia nad poruszonymi problemami, zagadnieniami, mianami…

    Zatrzymam się najpierw przy tym użytym przez Panią sformułowaniu: „łakną przyjemności”. Zwróciłam uwagę na to zestawienie słów: „łaknienie” i „przyjemność”. To zestawienie zdaje się – czyste, tzn. „bardzo prawdziwe”, „naturalne”. Co jednak, jeśli nie powiążemy łaknienia – czy też pragnienia, głodu – z pojęciem przyjemności? Co, jeśli zadamy to pytanie inaczej? Jeśli założymy, że miano przyjemności nie musi być bezpośrednio wynikłe z ochoty uzupełnienia deficytów, ani z ochoty pławienia się w dobrach… Innymi słowy, jeśli od słowa „przyjemność” odklei się te wszelkie walory związane z „dążeniem”, wtedy możliwe staje się spojrzenie na „przyjemność” jako pojęcie – z innej jeszcze strony, aniżeli te rozliczne aspekty, które pięknie wykazała Pani w artykule…

    Powiedziałabym wtedy, że przyjemność to taki stan, który pozwala nazwać się krótko: brak potrzeb… Stan, w którym wszystkie potrzeby człowieka zostały zaspokojone – musiałby być pozbawiony nowych pragnień, łaknień, ochot, a więc wszelakiego dążenia. A czyż taki stan – nasza osobista obecność w przestrzeni słodkiego „braku (nowych) potrzeb” – nie byłby tożsamy właśnie z doskonałą przyjemnością? Inaczej pytając: czy przyjemność musi koniecznie polegać na syceniu się; czy nie może ona polegać na trwaniu?

    Oczywiście moje powyższe rozważania opierają się na swoistym „bezpłodnym idealizmie”. Są na pewno bardziej nierealne od podróży na Marsa, która, jak sądzę, w przyszłości stanie się dla ludzkości uczynkiem jak najbardziej realnym, osiągalnym. Tymczasem raczej nie da się odłączyć istoty ludzkiej od dążeń/łaknień/pragnień – i tego odłączenia zapewnić w żaden sposób nie może rozwój człowieka i technologii.

    Ostatecznie myślę sobie toteż, że łaknienie przyjemności nie musi być grzechem – pod warunkiem, że łaknienie to nie będzie oparte na nieumiarkowaniu. Ciągłe dążenie do osiągania następnych, kolejnych, wciąż nowych porcji dóbr musi przecież – paradoksalnie – przyjemność odbierać, uniemożliwiając człowiekowi bezpieczne okrzepnięcie w tym zapleczu, które już ma, które skutecznie zgromadził czy posiadł dotychczas. Przyjemność może być cnotą – może być „dobra”, „czysta”, kiedy zawiera w sobie pewien pierwiastek owego okrzepnięcia: umiejętność cieszenia się z tego, co jest dokładnie teraz, pozbawiona gorliwego wyglądania na to, co być może nastąpi jutro…

    Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie! Pani Iwono, Pani artykuł jest bogaty w treści, wspaniale skłaniające czytelnika do snucia własnych przemyśleń. Wprowadziła Pani na łamy Tostera kawał rzetelnej, kapitalnej publicystyki – opartej na przenikliwym opracowaniu interesującego tematu, szerokim wachlarzu przedstawionych spostrzeżeń i precyzyjnej, gładkiej w czytaniu, językowej formule. To jest ten rodzaj publicystyki, który osobiście uwielbiam i cenię – ten rodzaj publicystyki potrafią uprawiać wyłącznie umysły prawdziwych „dociekinierów”, czyli pilnych obserwatorów rzeczywistości, którym nie umknie żaden, choćby najsubtelniejszy, szczegół…

    Kłaniam się z szacunkiem i olbrzymią sympatią 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *