Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej

 Wojna polsko-ruska pod flagą biało czerwoną Doroty Masłowskiej

Żonglerka ostrymi przedmiotami – uwaga na krew!

Jeśli prozę porównać do żonglerki słownej, proza w wykonaniu Doroty Masłowskiej jest żonglowaniem przedmiotami ostrymi. Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną tnie przestrzeń między tym, co było, a tym, co jest, niczym ostre narzędzie.

Na przykład brzytwa w rękach mistrza dyscypliny golenia potrafi przeciąć włos wzdłuż, nie rwąc go przy tym na strzępy. Jednak w niewprawnych rękach może nie tylko wykroić włosy razem ze skórą, może i zabić. Zdanie to analogicznie kieruję w stronę wyżej wspomnianej lektury, dopowiadając, że chyba właśnie na tego rodzaju zdaniach polegają nieustające kontrowersje, toczące się wokół autorki.

Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej

Dla wnikliwego, inteligentnego, żądnego poznania, a zarazem sceptycznego Czytelnika,Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną może być ciekawym doświadczeniem w kategorii pojęcia współczesnej rzeczywistości. Jednak dla młodego, nie do końca ukształtowanego odbiorcy, książka może okazać się mentalnie zabójcza, czyli może być owym drugim rodzajem brzytwy, zdolnym do rzeczy okrutnych. Dlatego ja – książkę interpretuję dwojako.

Mówię „tak”.

Ponieważ Masłowska po swojemu, czyli po autorsku, wyczuła i temat, i brzmienie języka polskiego. W języku odkryła własną melodię. Wskutek czego stworzyła zupełnie nowy, indywidualny rodzaj rozpoetyzowanej prozy, której kunszt polega na przewrotnym, błyskotliwym czynieniu atutu z pozornej karkołomności gramatycznej i stylistycznej. Przede wszystkim zaś  dostrzegła ludzi bloku i z ich sposobu na życie, w jakim moralna granica między dobrem a złem bywa przezroczysta, sporządziła własny grafik ilustrujący świat, który nas otacza.

Nie tylko otacza. Wszyscy jesteśmy częściami tego świata i w nim jednym funkcjonujemy.

Masłowska nie bała się nazwać tego świata wprost i bez ogródek, wręcz brutalnie i kategorycznie: Polska.

Zatem dookoła nas – jest Polska. I jest XXI wiek. Jest osiedle. Jest blok, ulica, brud, miłość, narkotyki, alkohol i seks. Jest dzień i jest noc. I toczy się „wojna”.

Wojna między instynktem a świadomością. To jest mała, wielka, wewnętrzna wojna każdego z nas. I cała ona zamyka się w jednym słowie: Polska. Masłowska dostrzegła ten mechanizm i opisała.

Co w rezultacie stworzyła? Literacki szkic naszych czasów. Szkicowała z odwagą, bez pruderii, bez hipokryzji, bez irytacji. Zaobserwowała zjawisko, przygotowała tworzywo – to jest papier i pióro – i postawiła sobie pomniczek, literacką pamiątkę. Wykazała się dojrzałością i logiką, które wykraczają poza jej wiek metrykalny. Opisując młodość, tryb teraźniejszy toczącej się rzeczywistości, przyznała z pokorą właściwą dorosłemu człowiekowi, że błędów młodości wcale nie należy rozgrzeszać z racji wieku, lecz właśnie należy o nich pamiętać, głośno mówić i naprawiać. W jaki sposób naprawiać, oto zagadka dla ludzi dorosłych, bo oprócz emocjonalnych dramatów ludzi młodych, istnieje w naszych czasach dramat grubszego kalibru. To dramat systemu, w jakim żyjemy, w którym profilaktyka wobec błędów młodości nie leży w gestii młodych, lecz w gestii osobników stanowczo dojrzałych.

Za potwierdzenie tej tezy niech posłuży myśl Masłowskiej, wypowiedziana ustami jej literackiego bohatera, Silnego: „(…) bo większe pretensje niż do rzeczy ustalonych odgórnie przez premiera oraz instytut, mam do telewizji (…). A taka telewizja to jest wszystko w euro i sterylu, kultura, włączasz, wyłączasz i to jest aż nie do pojęcia, iż to się tam w środku wszystko tak bezprecedensowo higienicznie mieści, te domy, ci cali ludzie wszyscy w różnych kolorach i o różnych porach dnia, wszyscy naraz, z lewej strony przemarsz, z prawej pochód, a z trzeciej baba myje ściany domu z deszczu do czysta najnowszym środkiem do czyszczenia domu z pogody, choć akurat to podejrzewam, że to jest pic z tym, że osoby postronne w studio z tego klaszczą i się cieszą, jak ona to myje. Że to już ściemnili, bo to zostało akurat zrobione drogą komputerową”.

Dalej – w obronie literackiego debiutu młodziutkiej Masłowskiej staje Tadeusz Boy-Żeleński…

W jego felietonie pt.: Słowa cienkie i grube – czytam, co następuje:

„Żył w XVI wieku pisarz nazwiskiem Rabelais, pisarz, którego sam wzniosły i katolicki Chateaubriand nie waha się z czcią nazwać ojcem literatury francuskiej. Otóż dzieło Rabelais’go – cud mądrości i geniuszu! – jest po prostu tak zapaskudzone grubymi i sprośnymi słowami, w takim nadmiarze i w tak monstrualnych kombinacjach, że człowiek delikatny, nie mówiąc już o kobiecie, nie może pism tego autora wziąć do ręki. Zaczęto tedy mówić tak: Mamy genialnego pisarza, mamy arcydzieło rozumu i dowcipu, ale zanieczyszczone. Cóż prostszego, jak oczyścić je z tych szpetnych narośli – zostawić to, co mądre, wyciąć to, co plugawe, i dać narodowi francuskiemu, francuskiej młodzieży, czystego Rabelais’go. I o dziwo, kiedy spróbowano dokonać tej operacji, okazało się, że w tym oczyszczonym wydaniu Rabelais przestał być mądry, przestał być zabawny, nie zostało z tego nic. Grube słowa – jak się okazało – nie były naroślą, ale były jakimś chemicznym połączeniem, mistycznym naczyniem myśli. Można Rabelais’go nie czytać, ale nie da się go oczyszczać”.

Po co powołuję się na ten cytat?

Bo Masłowska napisała książkę, w której – że użyję błyskotliwego zwrotu Boya-Żeleńskiego – grube słowa mnożą się, roją i warstwią jak gwiazdy na niebie. I nie jeden profesor językoznawstwa, i nie jeden miłośnik sztuki wysokiej, wystrojony w klasyczny garnitur podkreślony muchą, oburza się i bulwersuje tym stanem rzeczy. Podczas gdy prawda jest taka, że język przepełniony przekleństwami i brudnymi metaforami – może być językiem pięknym. I z pewnością, jeśli jest tego właśnie rodzaju urodą opartą na pozornej jedynie brzydocie – nie dla głupców jest przeznaczony. Zatem powiem to według szablonu wykrojonego przez Boya-Żeleńskiego: można Masłowskiej nie czytać, ale nie da się jej oczyszczać.

Mówię „nie”.

Mój wewnętrzny opór włącza się na kształt syreny alarmowej w momencie, gdy przyłapuję się na fakcie, że lektura mnie wchłania, że zapadam się – ze szczenięcą ciekawością – w wulgarny, brutalny, niechlujny świat.

Tu właśnie kryje się niebezpieczeństwo opierające się na tym, że Masłowska brzydkim językiem włada pięknie, więc nagle, co brzydkie – zinterpretować można jako atrakcyjne i pociągające. Szczególnie młodym ludziom wartości te mogą przesypać się akapit po akapicie jak ziarenka piasku w klepsydrze, aż negatyw zmieni się w pozytyw.

Oczywiście cały dowcip z interpretacją nie na tym ma się zasadzić, aby za niewłaściwie odebrane dzieło – ostrzem dezaprobaty twórcę obłożyć. Pomimo czego, odpowiedzialnie rezerwuję sobie ciepłe, wygodne miejsce w cichym rzędzie fotelików z napisem „opozycja”.

Bo uważajmy na to, co uważamy za istotne dla nas samych i nie rezygnujmy z tego tylko dlatego, że wśród nas rozbrzmiewa ekstremalna nuta ponurych prawd, o jakich dotąd nie mieliśmy pojęcia, a które poczynają nas wchłaniać jak mięciutkie bagno.

Bo jeżeli moją ulubioną książką jest na przykład W poszukiwaniu straconego czasu Marcella Prousta, to jeszcze wcale nie znaczy, że jestem jedną z wielu figur woskowych w emocjonalnym muzeum. To jeszcze wcale nie znaczy, że już mnie nie ma. Że należę do epoki, która bezpowrotnie odeszła.

Musiała i musi odejść, bo tempora mutantur et nos mutamur in illis (czasy się zmieniają i my zmieniamy się wraz z nimi). Ale nie musi popaść w niebyt, zniknąć bez echa. Do tego zresztą służą pomniczki oraz spiżowe pomniki (i te od spiżu twardsze), by zostawały ślady działalności wszelakiej i różnorodnej.

Justyna Karolak

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *