Wojna światów ze zdrowym rozsądkiem. Szkoła Frankfurcka

Nagle budzi się zdrowy rozsądek, jeszcze nie u wszystkich, ale już powoli widać symptomy odzyskiwania mózgu. Jest to proces wielce bolesny i nie może się odbywać bez wierzgania. Milcząca większość się wkurzyła i postanowiła zapanować nad rozdokazywanym establishmentem. Jeszcze nie wszędzie, wciąż powoli, ale fala idąca przez świat jest praktycznie nie do zatrzymania. A kluczowym momentem stało się wybranie Trumpa na prezydenta USA.

I nie chodzi tu, kochani, o prawicowość czy lewicowość; chodzi o pewien psychiczny amok, w który powpadały środowiska mainstream’owe. Z niewiadomych powodów środowiska te poczuwają się do roli awangardy narodów, podkreślając swoją rolę jako światłego przewodnika, natomiast prawie nigdy nie biorą one odpowiedzialności za skutki swoich działań, przerzucając je na resztę społeczeństwa, a w najlepszym razie na rządzących w danej chwili.

Chciałbym je nazwać socjal-liberalnymi, lewicowymi, ale tak naprawdę nie mają one nazwy i nie są związane z żadnym kodem politycznym; są rodzajem obłędu. Występuje jednak pewna prawidłowość w tym obłędzie, jej wykładnią są społeczne środki na utrzymanie tych ludzi. Bo tylko część z nich jest produkcyjna, a większość kryje się za różnego rodzaju instytucjami i mechanizmami pozyskiwania pieniędzy społecznych. Ludzie ci muszą na wszelkie sposoby przekonywać społeczeństwo do swoich racji, etykietując je jako niezależne, postępowe, nowoczesne, ekologiczne, humanitarne i co byście tylko nie chcieli, a na co byście mogli wpłacić datek, plus oczywiście dotacja rządowa, czyli też nasze pieniądze, bo wszak rząd nie posiada swoich.

Drugą prawidłowością jest malownicza obecność w tych ekscentrycznych szeregach wszelkiego rodzaju mniejszości i diaspor, które istnieją w społeczeństwie tylko jako nisze społeczne, ale przez swoją agresję i dynamikę narzucają reszcie społeczeństwa własną wizję świata. To, co jest zaledwie zakłóceniem w szerokich wodach społecznych, opierając się o tolerancję i humanitarną świadomość społeczną, żąda dla siebie praw i uznania, jak gdyby sensem istnienia społeczeństw były te mniejszości właśnie. No, jednak nie są. W skrajnych sytuacjach nisze te natychmiast znikają, a ich przeżycie możliwe jest wyłącznie dzięki społeczeństwu – same nie są w stanie przetrwać.

Najpierw środowiska mniejszości zabiegają o tolerancję. Dobrze – mówi społeczeństwo – jesteście dorośli, jesteście przekonani co do tego, co robicie, zgadzacie się na to i nikt przy tej okazji nie jest krzywdzony, więc bądźcie sobie, jacy chcecie.

Ale wy nas nie kochacie! – krzyczy mniejszość. A po co mielibyśmy was kochać? – odpowiada społeczeństwo. – Tolerujemy was, przecież…

Musicie nas pokochać, jesteśmy piękniejsi, bardziej kolorowi, mądrzejsi, zdolniejsi i w ogóle to dzięki nam się rozwijacie; gdyby nie my, panowałby wśród was ciemnogród – jesteście złem, a my kolorowym motylem z waszych marzeń.

Raczej Kaczką Dziwaczką…  – odpowiada społeczeństwo.

To ksenofobia, rasizm, homofobia, mowa nienawiści i faszyzm, a w ogóle to jest niepoprawne politycznie – oskarżają oni.

Należy was za to ukarać i będziecie odpowiadać przed sądem. Wy, większość, wy podli, wy – którzy nie chcecie się wyzwolić i wciąż tkwicie w waszych schematach – bo to my jesteśmy przyszłością i nadzieją.

Lecz czy prawdą jest, że nie wiemy, skąd się bierze ten cały bełkot?

Otóż wiemy, znamy bardzo dokładnie historię powstania tego obłędu, znamy nawet ludzi, którzy za tym stoją i którzy wymyślili, jak stworzyć ten porażający chaos pojęć i poglądów, a co najważniejsze, zrobili to świadomie i dalej to czynią.

Wszystko jak zwykle zaczyna się w patologicznym XX wieku. Wielka rewolucja październikowa miała ogarnąć cały świat, zniewolone narody miały sięgnąć do zdrowego źródła swego dobrobytu, klasy robotniczej i pod jej światłym przywództwem wywrócić porządek świata, wprowadzając marksizm jako nowy porządek. Miały. Ale się nie przyłączyły. Dzielna komunistyczna międzynarodówka ze swoimi przyczółkami propagandowymi we wszystkich krajach Europy – poniosła klęskę. Klasa robotnicza w krajach, które miały się przyłączyć do rewolucji, nie podjęła jej płomienia, a w dodatku niejaki Piłsudski zatrzymał marsz komunistycznych chord na Europę.

Komuniści byli w szoku: jak to? A ponieważ idea była „słuszna”, w takim razie musiała zawieść rzeczywistość. Lenin nawet podjął działania, zwołując międzynarodówkę w Moskwie w 1922 roku, podczas której  przy udziale wielu wybitnych marksistów próbował znaleźć odpowiedź na pytanie – dlaczego się nie udało? Ale Lenin umarł, a Stalin nie pozował na intelektualistę, a co więcej był antysemitą, więc ci, co pozowali, uciekli głównie do Francji i Niemiec, i tam jako uciśnieni i prześladowani przez stalinizm – rozpoczęli działalność. W 1924 r. jeden z najbardziej wpływowych i bogatych renegatów z marksizmu, Georg Lukács (żyd węgierskiego pochodzenia, z bogatej rodziny bankowców – czy wam to czegoś nie przypomina?…) przewodniczy na uniwersytecie frankfurckim pierwszemu spotkaniu socjologów o orientacji socjalistycznej; grupy, która doprowadziła do powstania Szkoły Frankfurckiej.

Szkoła Frankfurcka, znana również jako Instytut Badań Społecznych (Institut für Sozialforschung), działa z powodzeniem do dziś – we Frankfurcie oczywiście.

Jednak kiedy do władzy doszedł w Niemczech Hitler, też antysemita, ludzie ci musieli uciekać i wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Tam włączyli się w nurt życia akademickiego, na uczelniach takich jak Columbia, Princeton, Brandeis oraz California w Berkeley. Niektórzy przeprowadzili się do Hollywood, a niektórzy przeniknęli nawet do wysokich władz, stając się doradcami lub ekspertami nawet dla służb takich, jak poprzedniczka CIA , OSS (Office of Strategic Services).

Najwybitniejszymi postaciami tamtego okresu są ludzie tacy, jak Horkheimer, Theodore Adorno , Erich Fromm i Herbert Marcuse.

Po wojnie część aktywistów powróciła do Niemiec, część pozostała w Stanach, inni z kolei założyli francuską odnogę przy paryskiej École normale supérieure.

Odegrali kluczową rolę w działaniach na rzecz połączenia Niemiec, i dzięki temu posiadają bardzo silną pozycję w tym kraju.

Jednak główną działalnością tego ugrupowania nie była analiza, ale dynamiczna krytyka kapitalizmu na bazie marksizmu i stworzenie czegoś, co dziś nazywamy marksizmem kulturowym. W bardzo szerokim dorobku tej szkoły znajdujemy prace, które stały się podstawą do powstania takich pojęć i rozwiązań, jak – poprawność polityczna; wprowadzanie do szkół nauczania dzieci – świadomości seksualnej i homoseksualnej; walka z pojęciem państwa narodowego; zdeklarowanie uciemiężonej wobec mężczyzn roli kobiet; przeniesienie roli wychowawczej z rodziców na szkołę – w jak najwcześniejszym okresie; wyzwolenie seksualne i traktowanie seksu jako środka w dążeniu do szczęścia; zmiana standardu rodziny poprzez zamianę ról matki i ojca oraz rozszerzenie pojęcia rodziny; wyzwolenie dzieci od wpływów rodziny; ustanowienie propagandowej roli mediów i ustawienie ich standardów w odniesieniu do minimalnego zapotrzebowania intelektualnego; zideologizowanie kulturowej misji mediów – w tym filmu, jako ich czołowego reprezentanta; walka z religią katolicką i kościołem; demontaż systemu wartości i jego relatywizacja.

Zakres tej działalności jest ogromny i przypomina falę zagarniającą coraz szersze kręgi intelektualistów omamionych pozytywnym wydźwiękiem postulatów głoszonych oficjalnie przez aktywistów, za którymi jednak kryje się podstawowy cel ojców założycieli Szkoły Frankfurckiej, a więc dekonstrukcja społeczeństwa i kultury nazywanej przez nas Zachodnią.

Narzędziami tejże dekonstrukcji (pojęcie to zostało stworzone właśnie przez Szkołę Frankfurcką) stało się wprowadzenie do użytku bezpośredniego „teorii krytycznej” i wyposażenie jej w metody pozyskane z psychologii. Teoria ta traktuje rzeczywistość jako pole testów, i tak długo poddaje je krytyce, aż dochodzi do kryzysu. Natomiast krytycy nie przyjmują na siebie żadnej odpowiedzialności za ten kryzys, wskazując społeczeństwo jako jego źródło. Mówią oni – oto poddaliśmy krytyce wasz system, i rozpadł się, ponieważ był chory, ale to nie nasza wina, my tylko sprawdzaliśmy, czy rzeczywiście jest on spójny, czy nie.

Celem tego artykułu nie jest dokumentowanie działalności Szkoły Frankfurckiej i jej wpływów, ale raczej wskazanie na to, iż nic nie dzieje się przypadkowo; że to nie jest tak, iż świat samoistnie oszalał i to, co obserwujemy obecnie, jest wynikiem samodzielnego staczania się naszej cywilizacji ku upadkowi. Wiem, jak trudno uwierzyć, że za przemianami, jakie obserwujemy i jakie wydają nam się absurdalne, stoją konkretni ludzie. Że ewidentny bełkot,  jaki godzi w nasz zdrowy rozsądek, wynika z czyichś postulatów. Ale prawda jest taka: rzeczywiście mamy tu do czynienia z wynikiem pewnego rodzaju szarlatanerii naukowej, gdzie narzędziami współczesnej wiedzy dąży się do nieinwazyjnej przemiany społeczeństw, zaprogramowanej jako długi i nieodwracalny proces.

Aby dać czytelnikom może szczątkowy, ale jednak wgląd w ten rodzaj logiki, zaproponuję kilka cytatów z dzieł i poglądów najwybitniejszych przedstawicieli tego kierunku:

Willi Münzenberg (1889 – 1940): „Zorganizować intelektualistów i wykorzystać ich w taki sposób, by z Zachodniej cywilizacji zrobili odrażający smród. Tylko wtedy, kiedy już zepsują wszystkie jej wartości i uczynią życie niemożliwym, będziemy mogli narzucić dyktaturę proletariatu”.

Wilhelm Reich (1897 – 1957), Psychologia masowa faszyzmu (The Mass Psychology of Fascism): „Matriarchat był jedynym typem prawdziwej rodziny i naturalnego społeczeństwa”.

Erich Fromm (1900 – 1980): „Męskość i kobiecość nie były odzwierciedleniem zasadniczych różnic płci, jak myśleli romantycy, ale pochodziły z różnic w funkcjach życia, które były częściowo określone społecznie”.

Bertrand Russell (1872 – 1970)  w dziele pt.: Wpływ nauki na społeczeństwo (The Impact of Science on Society) powiedział, że „fizjologia i psychologia dają pole metodzie naukowej, która nadal czeka na rozwój. Znaczenie psychologii masowej zostało znacznie zwiększone poprzez wzrost nowoczesnych metod propagandy. Najbardziej wpływowa z nich nazywa się edukacją. Psycholodzy społeczni przyszłości będą mieli klasy uczniów, w których będą próbować różnych metod tworzenia niezachwianego przekonania, że śnieg jest czarny. Wkrótce otrzymają różne rezultaty. Pierwszy, że dom ma wpływ obstrukcyjny. Drugi, że niewiele można zrobić, jeśli indoktrynacja nie rozpocznie się w wieku poniżej 10 lat. Trzeci, że bardzo skuteczne są ułożone do muzyki wersety i wielokrotnie intonowane. Czwarty, że opinia, iż śnieg jest biały, musi być podtrzymana, żeby pokazać chorobliwy smak ekscentryczności. Ale uważam, że w przyszłości naukowcy sprecyzują te maksymy i odkryją dokładnie,  jaki jest koszt na głowę, żeby dzieci uwierzyły że śnieg jest czarny; i o ile mniej będzie kosztować to, żeby uwierzyły, iż jest ciemnoszary. Kiedy udoskonali się tę technikę, to każdy rząd, który kierował edukacją przez jedno pokolenie, będzie mógł bezpiecznie kontrolować swoich obywateli bez potrzeby armii czy policji”.

Theodor Adorno (1903 – 1969) powiedział z kolei, że „Amerykę można rzucić na kolana, wykorzystując radio i telewizję do promowania kultury pesymizmu i rozpaczy. Trudność polega właśnie na stworzeniu takiej formy sztuki, w taki sposób, aby było możliwym, z czystym sumieniem, stwierdzenie, że jest to wyższa forma sztuki. Dialektycznie rzecz ujmując, trzeba będzie tworzyć kicz, by tym samym zbliżyć się do mas, by potem jednak go pokonać. Dzisiaj jedynie film może podjąć to zadanie; przynajmniej jest to zadanie, które leży w zasięgu urzeczywistnienia”.

„Nowy występek właśnie się narodził, kolejny szał został dany ludzkości: surrealizm, dziecko szaleństwa i mroku (…). Ten występek zwany surrealizmem polega na niekontrolowanym, namiętnym wykorzystywaniu narkotyku obrazu lub raczej niekontrolowanej prowokacji obrazu dla własnego dobra… Cudowna dewastacja! Zasada narzędzia stanie się obca dla wszystkich tych, którzy praktykują ten doskonały występek. Dla nich duch ostatecznie przestanie się stosować. Ujrzą jego nawracające granice, będą dzielić to zatrucie z tymi, których świat zalicza do marzycieli, jak i niezadowolonych. Młodzi ludzie poświęcą się tej poważnej i bezowocnej grze, w pasji porzucając rzeczywistość. Będzie wypaczać ich życie”.

„Stare ograniczenia formy stoją jako alegorie nie wobec tego, co było, ale tego, co ma nadejść… Oba występują, być może, w muzyce Mahlera: w rozpadającej się alegorii rozciągniętej poza jej granice, końcowy gest lucyferańskiego buntu w rzeczywistości może oznaczać pojednanie, a dla tych, którzy pozbawieni są nadziei, płomienie zniszczenia buchające w pobliżu, mogą w rzeczywistości być świecącym na nich odległym światłem zbawienia”.

W Filozofii nowej muzyki Adorno powiedział: „Wzięła na swe barki całą mroczność świata i całą jego winę. Swe jedyne szczęście widzi w poznaniu nieszczęścia; całe swe piękno w rezygnacji z fikcyjnego piękna. Nikt jej nie chce znać, ani indywidualiści, ani kolektywiści. Przebrzmiewa niesłyszana, bez oddźwięku. Wokół muzyki słuchanej czas tworzy promienny kryształ; muzyka niesłuchana pada w pusty czas jak śmiercionośna kula. Nowa muzyka jest już z góry nastawiona na to najgorsze przeżycie, jakiego muzyka mechaniczna doznaje co godzinę. To jest prawdziwa wiadomość nowej muzyki, jest ona najprawdziwszym wołaniem o pomoc SOS”. Oraz: „Ostatnią perwersją stylu jest uniwersalna nekrofilia, którą wkrótce trudno już będzie odróżnić od normalności, będącej jej przedmiotem – od tego, co utrwaliło się w konwenansach muzyki jako jej druga natura”.

Herbert Marcuse (1898 – 1979) powiedział, że „można słusznie mówić o rewolucji kulturalnej, ponieważ protest jest skierowany w stronę całego establishmentu kulturowego, w tym moralności istniejącego społeczeństwa. (…) jest jedna rzecz, którą możemy powiedzieć z całą pewnością. Tradycyjna idea rewolucji i tradycyjna strategia rewolucji została zakończona. Te pomysły są staromodne (…) to, co musimy podjąć, to jest rodzaj dyfuzji i rozproszenia, rozpad systemu (…). Twierdząca kultura w jej burżuazyjno-idealistycznych i faszystowsko-bohaterskich formach lub prawdziwa transcendencja kultury w formie rzeczywistości, która byłaby  tańcem na wulkanie, śmiechem pośrodku smutku, grą ze śmiercią”.

Cytaty te, choć niezwykle barwne, nie oddają zakresu przestrzeni, jaką zagospodarowali twórcy Szkoły Frankfurckiej i jej spadkobiercy. Intelektualne postulaty Marcuse’a i Adorno – teraz – całkowicie zdominowały uniwersytety, nauczając studentów, że zamiast rozsądku proponuje się ćwiczenia z rytuału politycznej poprawności. Obecnie w Ameryce i Europie publikuje się bardzo niewiele teoretycznych książek o sztuce, filozofii czy języku, które otwarcie nie potwierdzają długu wdzięczności względem Szkoły Frankfurckiej. Polowanie na czarownice na uczelniach, to tylko narzucanie koncepcji Marcuse’a o tolerancji represyjnej  – tolerancji ruchów lewicowych, a nietolerancji prawicowych  – wymuszanej na studentach Szkoły Frankfurckiej.

To, co obecnie możemy obserwować w Polsce, jak i na świecie, to m.in.:

  • promocja homoseksualizmu (jako istotnego elementu demokracji; wyraźne jest również wdrażanie zielonej etyki jako swoistej religii), rozwodów, konfliktów rodzinnych
  • atak na instytucję rodziny
  • promocja aborcji
  • promocja spożywania narkotyków
  • wulgaryzacja relacji kobieta-mężczyzna i międzyludzkich
  • promocja hedonizmu i singli
  • atak na język i jego minimalizacja
  • atak na edukację
  • promocja pornografii w mediach głównego nurtu,
  • edukacja śmierci
  • promocja modyfikacji genetycznej ludzi, hybrydyzacji i eugeniki

Nie opisałem w tym artykule nawet połowy problemu, jest to zaledwie wskazanie kierunku poszukiwań i ujawnienie źródeł. Każdy, kto jeszcze zachował odrobinę zdrowego rozsądku, może podjąć poszukiwania na własną rękę i zbadać temat. Temat jest obecny w Internecie – tak jako materiał źródłowy, jak i krytyczny – chciałbym natomiast zwrócić uwagę czytelników, iż często za bardzo pozytywnym idealistycznym postulatem kryje się bardzo niejednoznaczna intencja.

To jest jak w polskim filmie, gdzie widzę obraz polskiej rodziny jako patologicznego środowiska, w którym mężczyzna to pijana świnia bijąca żonę i okradająca rodzinę; w którym kobieta jest puszczającą się dziwką, a na to wszystko patrzy biedne, opuszczone dziecko. Kiedy rozglądam się wokoło, widzę ciężko pracujących, umęczonych rodziców, dbających o dom i dzieci, przeliczających każdy grosz po kilka razy; widzę środowisko, gdzie babcia i dziadek zadłużają się, by pomóc rodzinie,  i aktywnie uczestniczą w jej życiu, opiekując się dziećmi, gdy rodzice harują na chleb; gdzie kiedy nadchodzą święta, wszyscy spotykają się przy stole, marząc o odrobinie szczęścia. Właśnie takich rodzin są setki tysięcy, a patologia jest marginesem – jednak to ona jest treścią filmów o polskiej rodzinie: dlaczego?

Teraz już wiecie.

Leonard Jaszczuk

Historia politycznej poprawności – film :

Wykład prof dr. hab Jaroszyńskiego – marksizm kulturowy:

 

Artykuły uzupełniające:

Wojna światów ze zdrowym rozsądkiem. NWO

Eugenika – krótka historia, dla kompletnych żółtodziobów

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (10)
  • w porządku-niezła grzanka (6)
  • potrzebny-smaczny tost (5)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

15 komentarzy

  1. Dziękujemy za ten głęboki i krytyczny materiał na naszej stronie, jesteśmy ogromnie wdzięczni Czytelnikowi, iż podzielił się z nami swoją głęboką wiedzą i zechciał nam przedstawić swoje argumenty. Ze swej strony pozwolimy sobie pozostać przy naszym przekonaniu. Dialektycznie biorąc, wszystko podlega interpretacji i możliwa jest także z takich pozycji obrona „marksizmu kulturowego”, jednak w naszym rozumieniu ocena tego zjawiska jest raczej negatywna, bez względu na ilość łez wylanych nad jego upadkiem. Możemy powoływać do życia argumenty i cytaty, aby ugruntować swoje stanowiska, jednak celem tego artykułu było ukazanie systemu pojęć, które stanęły u źródeł obłędu poprawności politycznej, z jaką dziś mamy do czynienia, i w takim świetle pojęcie „Szkoły Frankfurckiej” znacznie się rozszerza; tym bardziej, iż pojęcie to było rozszerzane właśnie przez udziałowców owej szkoły, dla spacyfikowania jak najszerszej przestrzeni intelektualnej, jaka była dostępna w ówczesnym świecie. A dzisiaj, no cóż, można penetrować najgłębsze zakamarki historii tegoż tworu i wdawać się w dysputy nad tym, czy ktoś był, czy nie był członkiem tego zjawiska, problemem jednak jest zaczadzenie intelektualne, jakie jest wynikiem jego działania i rzeczywista dekonstrukcja społeczna, jaka w wyniku tego następuje. I ujawnienie tej rzeczywistości było celem tego artykułu.

    • Proszę bardzo.
      Jednak nie można zasłaniać się „swoją interpretacją” filozofii Szkoły Frankfurckiej, kiedy nie zna się w rażącym stopniu materiału interpretowanego – co wykazałem w moim przydługim i nudnym komentarzu. Nie chodzi mi o wykazanie prawdziwości tez głoszonych przez frankfurtyczków – bo te już zdążyły być w akademickiej filozofii poddane krytyce – ale rażące nieporozumienie polegające na utożsamieniu negatywnych w ocenie autora artykułu zjawisk z myślicielami, u których nie tylko zalążki pochwał takich zjawisk nie występowały, ale gdzie wręcz panowały przekonania odwrotne, co wykazałem w komentarzu podając konkretne źródła (nie tylko książki, ale także rozdziały, a raz nawet konkretną stronę w książce). Dlatego cel założony w Waszym artykule – „ukazanie systemu pojęć które stanęły u źródeł obłędu poprawności politycznej z jaką dziś mamy do czynienia” – nie został osiągnięty, ponieważ nie o Szkole Frankfurckiej pisaliście, ale swoim własnym jej wyobrażeniu, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością . Równie dobrze można by pisać o nominalizmie Platona, antykomunizmie Marksa, albo socjalizmie von Misesa.

  2. Szanowna Redakcjo,
    Jestem sfrustrowany, a to co mnie frustruje to manipulacja I ignorancja podana w “oświeconych” szatach. Nie uważam za bezczelną prośbę o podanie literatury, bo “autorskie” przemyślenia na temat czegoś można mieć wtedy, gdy to coś najpierw pozna. Inaczej jest się zwykłym ignorantem. Jak chcecie się wypowiadać o filozofii Szkoły Frankfurckiej nie czytając książek frankfurtczyków? Ponadto podajecie cytaty bez źródła. Cytaty też są wytworem ważnych własnych przemyśleń? Na to wygląda, ponieważ cześć jest totalnie wyrwana z kontekstu, a większość po prostu zmyślona. Ale pewnie o tym nie wiecie nawet, bo przekopiowaliście je z innych fantazmatycznych, internetowych esejów dotyczących “Spisku Szkoły Frankfurckiej”, które mnożą wzajem od siebie się jak wirusy, a które nie mają praktycznie żadnych odnośników do literatury podmiotu.
    Chcecie merytorycznego odniesienia? Ok. Prawda jest taka, że trzeba by było prostować prawie każde zdanie w tym artykule, ze względu na ilość przekłamań I fantazmatów historycznych, jak I filozoficznych. Dlatego odniosę się do kilku jaskrawych przejawów ignorancji (lub manipulacji – niepotrzebne skreślić).

    1.Ani Lukacs, ani Russel nigdy nie należeli do Szkoły Frankrurckiej (dalej jako: SF). Od tego pierwszego niemniej jednak zapożyczyli pojęcie Całości (Totalitat) oraz pojęcie reifikacji, a tego drugiego natomiast atakowali za rzekomy pozytywizm, którego SF nie lubiła. A Willi Münzenberg to wogóle jakaś pomyłka. Nie wiem na jakim bibliografii historycznej bazowaliście, pewnie są to znów Wasze “autorskie przemyślenia”.

    2.Pojęcie dekonstrukcji nie zostało stworzone przez SF. Nigdy go nie używali, ponieważ zostało stworzone przez francuskich postmodernistów – zupełnie inny nurt filozoficzny – a konkretnie przez Derridę około 1960 r. Zapraszam do pierwszgo lepszego słownika filozofii, ale jeśli nie macie, to możecie zacząć od Wikipedii.

    3.I najśmieszniejsze: pomylenie tego, co Adorno krytykował z tym, co aprobował. Adorno, Horkheimer I Marcuse nie proponowali, aby zaprzęgnąć mass media do prania ludziom mózgu, lecz własnie taką działalność mass mediów (rozrywki I reklamy) krytykowali jako pierwsi. Zarzucali jej, że usypia społeczną świadomość I standaryzuje człowieka, zabija jego indywidualność w imię zakamuflowanych interesów biznezu, rządów I innych trustów. Więcej można poczytać w książce “Dialektyka Oświecenia” Horkheimera I Adorno (głównie rozdział pt. “Przemysł kulturalny. Oświecenie jako masowe oszustwo”), “Człowieku Jednowymiarowym” Marcusego, oraz w “Mieć czy Być” Fromma. Również można zajrzeć do Horkheimera “Sztuka i kultura masowa, (tłum. J. Stawiński), [w:] Szkoła frankfurcka, t. II, cz. II,Kolegium Otryckie, Warszawa 1985.

    Najlepsze perełki pojawiają się, gdy piszecie o tym, co SF rzekomo propagowała:

    1.“Promocja homoseksualizmu”, “atak na instytucję rodziny”.
    Frankfurtczycy tkwili we frudowskiej szkole i uważali, że homoseksualizm jest niepożądanym wynikiem zaburzeń w ontogenezie i uwarunkowany jest społecznie – przez wychowanie. A z czego on wynika? A z destrukcji instytucji rodziny, której to rozpad by przedmiotem krytyki i ubolewania u Horkheimera – twórcy teorii krytycznej – ponieważ doprowadzał do rozwoju form autorytarnych w społeczeństwie. Żeby nie być gołosłownym, zapraszam do lektury: Max Horkheimer, “Autorytet i rodzina w czasach współczesnych”, w: ibidem, “Społeczna funkcja filozofii”, (red. R. Rudziński, tłum. J. Doktór), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987, s. 428.

    2.„wulgaryzacja relacji kobieta-mężczyzna”, „promocja hedonizmu”.
    Co prawda Marcuse pisał o „cywilizacji libidialnej”, ale miał na myśli nie panseksualizm, ale to, że w nowej, nierepresyjnej cywilizacji – gdzie człowiek będzie autonomicznie stawiał przed sobą cele – przyjemnością będzie każda ludzka aktywność, na co zwraca uwagę bardzo niechętny, a wręcz wrogi w stosunku do SF L.Kołakowski w „Głównych nurtach marksizmu” (tom III).

    Erich Fromm w „O sztuce miłości” potępiał zachowania sado-masochistczne (które rozumiał szeroko, nie tylko w kontekście seksualnym) oraz kompulsywne dążenie do przyjemności i konsumpcji jako wadliwe sposoby na poradzenie sobie człowieka z – uproszczając – samotnością w świecie.

    W „Krytyce instrumentalnego rozumu” (rozdział: „rewolta natury”) Horkhemier uważał, że różne dewiacje manifestują się jako wynik uciemiężenia natury w człowieku przez cywilizację techniczno-przemysłową, której nie był fanem. Natomiast w „Dialektyce Oświeceni” razem z Adorno krytykowali zdegradowaną racjonalność, której wynikiem było m.in. wzajemne uprzedmiatawianie się ludzi („wulgaryzacja” stosunków?), nie tylko w stosunkach mężczyzna-kobieta, ale w ogóle.
    A żeby było jeszcze śmieszniej Horkheimer stanął w latach 60′ obronie encykliki papieskiej, potępiającej antykoncepcję hormonalną, ponieważ uważał, że „tabletka” zabije prawdziwą miłość, gdyż ta ostatnia wyrasta z tęsknoty za ukochanym człowiekiem, a „tabletka” zabija ograniczenie, które tęsknotę w znacznym stopniu wytwarza. Zródło: M. Horkheimer, Tęsknota za całkowicie Innym. Rozmowa z Helmutem Gumniorem, (tłum. K. Rosiński), [w:] „Kronos” nr 1 (1), Warszawa 2007.

    3.„Promocja modyfikacji genetycznej ludzi, hybrydyzacji i eugeniki”.
    To już w ogóle jakaś z kosmosu bzdura. Tzw. „późny” przedstawiciel SF – żyjący jeszcze Jurgen Habermas – w książce „Przyszłość natury ludzkiej. Czy zmierzamy do eugeniki liberalnej” skrytykował pomysły „pozytywnej eugeniki”, która mogłaby w nieograniczony sposób zmieniać cechy u zarodków np. wedle życzeń i upodobań rodziców. Dopuszczał tylko „negatywną eugenikę”, polegającą jedynie na usuwaniu dziedzicznych chorób w zarodu, czyli na leczeniu, na niwelowaniu zła i cierpienia, a nie na modyfikacji cech gatunku ludzkiego.

    • I jeszcze…
      4. „Edukacja śmierci”.
      Erich Fromm w „Anatomii ludzkiej destrukcyjności” uważał, że popędy do niszczenia, do agresji, nekrofilii rodzą się w łonie chorego społeczeństwa, które tłumi (wątek psychoanalityczny) autentyczne potrzeby człowieka, dlatego – jak można się domyślać – krytykował takie zachowania.

      • Elwira Gieppert

        Szanowny Panie,

        jestem wierną czytelniczką Tostera od ponad roku i nigdy jeszcze niczego nie komentowałam, ale dzięki Panu poczułam taką potrzebę.

        Kiedy zarzuca Pan temu portalowi ignorancję, to jest Pana interpretacja, do której ma Pan prawo, chociaż zasadność tej opinii budzi daleko idące wątpliwości i niesmak. Ale kiedy zarzuca Pan ludziom robiącym ten portal manipulację, wtedy Pański komentarz przestaje być zwykłym komentarzem internauty, a zaczyna być podłą inwektywą w stylu klasycznego internetowego trolla. Pominę już Pańskie ubliżenia kierowane w stronę redakcji (takie jak „oświecone szaty”), natomiast Pana dziwny tupet poparty niestety tylko brakiem logiki, świadczy o Panu zdecydowanie nieładnie.

        W jednym komentarzu zarzuca Pan autorowi nieoczytanie, a w następnym przeciwnie, zarzuca Pan brak odwołań do literatury i nauki. Proszę się najpierw zdecydować, czy uważa Pan ten artykuł za stek bzdur czy jednak za cenne spostrzeżenia o otaczającym świecie. Jeśli za stek bzdur, to „źródła” dla „steku bzdur” w ogóle nie powinny Pana obchodzić.

        Ten portal czy blog to jest własna inicjatywa tej redakcji – bez reklam, bez żadnej chęci zysków itd. Życzę sobie z całego serca, żeby we współczesnym świecie było więcej takich ludzi, którzy robią i piszą rzeczy prospołeczne – bez ŻADNEGO LICZENIA NA ŻADNE ZYSKI. Ja też nie zawsze zgadzam się z poglądami redakcji, ale bardzo szanuję ich za to co robią – za ich odwagę w poglądach i za oryginalne poglądy. Pan chyba poszukuje „prawdy akademickiej”, albo usiłuje Pan robić karierę jako encyklopedia. Jeszcze żeby redakcja czerpała jakieś, jakiekolwiek zyski z tego co robi, wtedy jeszcze po części mogłabym zrozumieć Pana frustrację. Poza tym tyle jest płatnych gazet, portali, serwisów i różnych opracowań – niech Pan idzie prosto po te płatne publikacje, płaci i otrzymuje to czego pragnie. Proszę iść i zdobywać te płatne „obiektywne” intelektualne trofea, co Pan w ogóle robi na tym niszowym portalu, blogu?

        Z dziką radością wylewa Pan na redakcję wiadra żółci, a są to akurat ludzie dla, których kultura słowa coś znaczy. Moim zdaniem powinien Pan pójść wylewać swoją żółć na celebrytów czy inne „gwiazdy”, a od normalnych ludzi, którzy prowadzą normalny niszowy blog powinien się Pan zwyczajnie odczepić. Bo czymś innym jest normalna krytyka, a czymś innym ubliżanie. Pan różnicy chyba nie widzi, ale ja widzę wyraźnie.

        Pewnie wydaje się Panu, że anonimowość w sieci upoważnia do słownych ataków i siania niesprawiedliwych oskarżeń, jednak ci ludzie podpisują swoje teksty swoimi nazwiskami, a Pan podpisuje się bardzo anonimowym, pogardliwym pseudonimem. To też świadczy o Panu.

        Do „merytorycznej” części Pana komentarza nawet się nie odniosę, bo po co? Pan zna wszystkie definicje i „prawdy”. Pan sam sobie odpowiada na własne pytania zadane przez siebie i nie zadane przez nikogo, więc Pan nie potrzebuje żadnego rozmówcy. Rozmowa z samym sobą wychodzi Panu najlepiej.
        Na koniec napiszę już krótko:

        to jest prywatny blog w sieci, a nie opracowanie akademickie. Jak Pan chce spisu szkolnych lektur, niech Pan idzie do biblioteki. Jak Pan chce realizować się jako encyklopedia, proszę iść i realizować się dowoli. Tyle właśnie mam do powiedzenia na temat „rozkosznej” anonimowości w necie.

        • Aha. Czyli mam rozumieć, że w związku z tym, że portal jest niszowy i niekomercyjny, to zwolniony jest z merytoryczności? Jasne, że eseistyczne formy nie wymagają bibliografii, ale kiedy czytam tak niestworzone rzeczy, jak w tym artykule, to zasadne staje się pytanie: skąd autor czerpał informacje o filozofii Szkoły Frankfurckiej? Tak się śmiesznie składa, że swego czasu obroniłem prace magisterską o filozofii głównej postaci w Szkole – Maxu Horkheimerze – i przeczytałem, chcąc nie chcąc, niemal wszystkie dostępne w języku polskim akademickie pozycje o Szkole Frankfurckiej, więc jak czytam takie niestworzone rzeczy jak tu, to mam wrażenie, że ktoś usiłuje mnie przekonać, że II Wojny Światowej nie było, a Stalin był pacyfistą. Uważam, że dość merytorycznie odniosłem się do tematu, jak ktoś mi nie wierzy, to niech zajrzy do literatury podmiotu, która podałem (stron i rozdziałów). Jak ktoś chce, to podać mogę i literaturę przedmiotu. To nie wiedza tajemna, książki te dostępne są na allegro i w większości bibliotek.

          Natomiast jestem przekonany, że autor ich nie czytał, tylko powtórzył jaskrawe brednie z innych stron internetowych, które wziął zapewne za dobrą monetę. Brednie oparte najczęściej na szarlatańskiej twórczości Timothy’ego Matthewsa, które nieświadomi i nieprzygotowani w temacie ludzie łykają jak młode pelikany.

          • Cieszymy się, że rozwija się tak wspaniała dyskusja pod naszym artykułem. Cenimy sobie ciekawych i zaangażowanych czytelników. Jeżeli zechciałby Pan, zapraszamy do opublikowania swojego materiału na naszych łamach, poświęconego właśnie temu tematowi. Byłoby to cennym wzbogaceniem naszych zasobów i intrygującym głosem w dyskusji – tym ciekawszym, że merytorycznie uzasadnionym. Niestety nie możemy zaproponować honorarium, za co gorąco przepraszamy – jako że nie jesteśmy portalem komercyjnym.

            • Dziękuję za propozycję, ale nie skorzystam. To, co miałem z grubsza do powiedzenia, umieściłem kilka komentarzy wyżej.
              Pozdrawiam.

          • Elwira Gieppert

            Aha! 🙂 To, że Pan obronił magisterium „o filozofii głównej postaci w Szkole – Maxu Horkheimerze” akurat daje Panu „święte” prawo do bycia „nieomylnym”, a przy okazji – kompletnie bucowatym, niestety. Akurat „trochę” w życiu „poczytałam” i dziś mogę powiedzieć Panu tyle, że od autora tego artykułu Pana poziom wiedzy, świadomości współczesności, a co więcej świadomości i wiedzy w dziedzinie filozofii, dzieli o grube lata świetlne. Bardzo podziwiam tę redakcję, że ma siłę i ochotę dyskutować z Panem jako z normalnym czytelnikiem – ja na miejscu tej redakcji już dawno owiałabym Pana zbawiennym milczeniem.

            • Nie jestem nieomylny. Można bardzo łatwo zweryfikować to, czy się mylę. Wystarczy zajrzeć do konkretnych odnośników bibliograficznych, które podałem. Na razie to Pani występuje tu w roli napastliwego hejtera, ponieważ zamiast odnieść się do moich zarzutów, które umieściłem kilka postów wyżej, po prostu nazywa mnie Pani bucem. Skoro nie ma Pani nic do powiedzenie merytorycznego w temacie filozofii Szkoły Frankfurckiej, proszę w ogóle się nie wypowiadać.

  3. Jak on jest Pan to ja też i niech mnie nie tyka. Jak chce pisać pracę naukową to nich pisze, ja nie mam takiego obowiązku ani ochoty, więc napisałem sobie artykuł, za moje pieniądze na moim portalu, a on może sobie sam poszukać jak czegoś potrzebuje.

  4. Od razu widać, że nawet obok książki jakiegokolwiek frankfurtczyka nie stałeś.

    • Pewien (siebie) Panie,

      dobrze, że czuwasz Pan nad merytorycznym poziomem dyskusji – kłaniamy się z wdzięcznością 🙂 .

      A jak już się Pan od siebie dowie, co myśli i chce przekazać – wtedy proszę dać znać, z przyjemnością się odniesiemy 🙂 .

      • Skoro już o merytoryczności mowa, to poproszę listę akademickich pozycji, które przeczytałeś o Szkole Frankfurckiej i z których korzystałeś przy pisaniu tego eseju. Mile widziane są też źródła cytatów z literatury podmiotowej, których w przytłaczającej większości nie podajesz. Zapraszam.

        • Kiedy przeżyje Pan tyle lat, co autor, który napisał ten artykuł, kiedy w zamian za nic zadedykuje Pan swoje życie sztuce i samodzielnemu myśleniu, wtedy będzie Pan miał prawo do niekulturalnego, bezczelnego żądania od nas „stosownych papierów” jako potwierdzenia naszych własnych przemyśleń. Proszę dyskutować o przedstawionym problemie i odnieść się do autorskich wniosków oraz poruszonych tematów, i proszę nie atakować redakcji swoją osobniczą frustracją, bo to nie my stanowimy źródło tej ewidentnej frustracji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *