Wolność i granice artyzmu

Wolność i granice artyzmu

Na ile sztuka ma prawo być nieokiełznana, w pełni wyzwolona z wszelkich ram? A na ile ma prawo, a może i obowiązek moralny, trzymać się w pewnych granicach jednak?… To trudne pytania; nie jeden mędrzec łamał sobie nad nimi głowę.

Świadoma powagi i skali trudności tego tematu, mimo wszystko pragnę moje subiektywne rozumienie sztuki zaproponować dziś Czytelnikowi, jako zachętę do własnych rozważań, dotyczących szczególnie sztuki współczesnej. Bo świat współczesny, to skomplikowane i kontrowersyjne miejsce. Żyjemy we wszechobecnej kulturze obrazkowej, która niesie ze sobą bardzo różne treści; nie wszystkie są przejrzyste, nie wszystkie pozwalają w prosty sposób się odczytać, z częścią z nich związane jest ryzyko dla nas, dla odbiorców, dla widzów. Jakie? Postaram się opowiedzieć o tym w artykule. Spróbuję opisać, gdzie w sztukach wizualnych kończy się kontrowersyjność, a zaczyna niebezpieczeństwo. Artykuł będzie niemniej próbą osobistej analizy pewnych zjawisk w sztuce ― nie stanowi on opracowania naukowego, ani nie pretenduje do tego miana. Chcę jedynie zwrócić Waszą uwagę na poszczególne funkcje sztuki, zachęcić Was do bycia czujnymi w stykaniu się z rozmaitymi dziełami nowoczesnymi. Zapraszam do czytania.

Gunther von Hagens, niemiecki lekarz, opracował biegłą metodę preparowania ludzkich zwłok, określaną jako plastynacja. Dzięki tejże plastynacji martwe ciało człowieka nie ulega naturalnym procesom gnilnym ― staje się “obiektem zachowanym”. I tenże doskonale zachowany obiekt zostaje włożony do muzeum jako eksponat, jako i rzeźba, jako dzieło sztuki: nowatorskie i unikalne, bo pierwsze tego rodzaju dokonanie, a także kontrowersyjne, przeznaczone do dyskusji, bo osadzone w kontekście kulturowym.

Do niniejszego artykułu doprowadziła mnie między innymi właśnie postać von Hagensa, określanego często jako Doktor Śmierć. Ten przydomek nie wziął się znikąd ― von Hagens w sposób bezpośredni obcuje ze śmiercią. Być może dokładniejszym wydaje się stwierdzenie, że obcuje z martwym ciałem ludzkim, że obcuje z ludzkimi tkankami, szczątkami, ale te określenia nie są dość miarodajne: von Hagens obcuje bezpośrednio ze śmiercią, ponieważ wnosi martwe ciało człowieka do galerii, w związku z czym umieszcza zwłoki ludzkie w przestrzeni dyskursu, a zwłoki te, w jego założeniu, mają być namacalną metaforą śmierci. Jego działalność zatem, to nie: zwykła relacja anatoma z nieżywymi tkankami człowieka. To właśnie relacja ze śmiercią, która wydobyta na powierzchnię z odmętów tabu, za zadanie ma pozwolić się ujrzeć (zaobserwować) szerokiej publiczności.

Wiele toczy się uzasadnionych dysput o definicję sztuki i o jej granice. Pierwszym artystą w historii, który postawił dosadne, świeże i czytelne pytanie o granice dla sztuki i jednocześnie o jej sens, był Marcel Duchamp, i jego słynna “Fontanna”. Od momentu umieszczenia owej “Fontanny” w galerii (w roku 1917), od momentu skonfrontowania jej z opinią tak widzów, odbiorców sztuki, jak środowiska krytyków oraz innych artystów, nic w sztuce nie było już tak wymierne do pojęcia, jak przed działalnością Duchampa. Duchamp skomplikował odbiór istoty rzeczy (sztuki), zarazem paradoksalnie podkreślił tę istotę, wznosząc ją na kolejny, wyższy poziom rozpatrywań i drążeń.

Zdaje się, że von Hagens, umieszczając zwłoki ludzkie w galerii, niby parafrazuje Duchampa, bowiem za pośrednictwem swego “dzieła” mówi jak gdyby: to nie są zwłoki, to są rzeźby (analogicznie do Duchampa, który powiedział: to nie jest pisuar, to jest fontanna ― przyp.: J.K.). Ale ten przekaz von Hagensa, w przeciwieństwie do Duchampa, nie jest prawdziwy, szczery ― ten przekaz kłamie. Von Hagens w swoim “artystycznym” działaniu korzysta z przetartych dla sztuki szlaków, usiłuje się jedynie pod te gotowe szlaki podczepić, by być bezpiecznym i wykarmionym na ich dawnym (innym) wydźwięku, by jego własna działalność w szerokim odbiorze mogła zostać uznana za uzasadnioną. W rzeczywistości von Hagens kłamie: prawda zaś brzmi, że nie jest artystą. Chcę powiedzieć to głośno i wyraźnie: von Hagens nie jest artystą; należy go wykluczyć ze wszystkich dyskursów zogniskowanych wokół artyzmu, sztuki, czyli należy von Hagensa zignorować. A oto, dlaczego…

Wolność i granice artyzmu 1

Żeby uargumentować, dlaczego rozpatrywanie von Hagensa w kontekście artyzmu nie ma sensu, dlaczego należałoby odmówić von Hagensowi uczestnictwa w mianie, jakim jest sztuka, trzeba najpierw zdefiniować to miano ― zastanowić się, czym sztuka była, jest i czym ma być w przyszłości (do czego służy, co z niej wynika). Do tej definicji dojdę stopniowo…

Dlaczego na przykład Akcjoniści Wiedeńscy odnotowali się na kartach historii sztuki, zaś von Hagens miałby do tych kart nie zostać wpisany? A dodam w tym miejscu, że mało które działania z zakresu sztuk wizualnych wywołały szok, wstręt i oburzenie na taką skalę, na jaką swego czasu wywołał je Akcjonizm Wiedeński. Czy jednak cokolwiek różni te dwa zjawiska, owych akcjonistów od “doktora–śmierci”?

Otóż różni je niewiele, to prawda, gdy rozpatrujemy te dwa zjawiska w świetle walorów szokowych. I w tym świetle, z kart historii należałoby wymazać Akcjonistów Wiedeńskich tak samo, jak należałoby nie umieszczać na nich von Hagensa.

Jednak pomiędzy tą formą ekspresji, jaką jest performance a tą formą ekspresji, jaką jest rzeźba ― różnica już istnieje wyraźna. Performerzy (różni performerzy, nie tylko Akcjoniści Wiedeńscy) nigdy nie szczycili się potężnym uznaniem ani ze strony widowni, ani krytyki ― często przypisywano im kompleksy: poczucie niższości, brak talentu, niezdolność do wielkiej, znaczącej kreacji. Performerzy, którzy wykorzystywali swoje ciała do tego, aby “wyrazić coś głębokiego”, poczytywani byli jako zuchwalcy, którzy marzą o kreowaniu dzieł dużych, znaczących, którzy pragną być artystami, a ponieważ de facto nie potrafią niczego stworzyć (np. namalować czy wyrzeźbić), korzystają z jedynego dostępnego im “tworzywa”, które jakkolwiek może im się poddać, stanowić dla nich “glinę”, czyli z własnego ciała (bardzo często, choć nie wyłącznie z własnego ciała).

Performerzy wykorzystywali więc swoje ciało jako materiał, rodzaj tworzywa właśnie, na analogicznej zasadzie do malarza, który swe dzieło dokonuje na podobraziu. Ciało performera miało być rodzajem płótna (np. tzw.: body art, który w dziedzinie performance utrzymywał się na stabilnej pozycji, póki nie wyłonił się Akcjonizm Wiedeński ― przyp.: J.K.), na jakim dokonuje on specyficznego aktu twórczego. Lecz ten proces tworzenia przez performerów wyewoluował do stanu przedstawienia, w którym podejście do ciała jako do tworzywa nie było już możliwe bądź stało się niewystarczające ― w ten sposób performerzy w ramach swoich działań zaczęli w sposób bezpośredni odnosić się do cielesności, a więc już nie tylko do ciała jako tworzywa, lecz do ciała jako zbioru odruchów, funkcji fizjologicznych itd. Akcjoniści Wiedeńscy toteż na scenie zaprezentowali nieomal wszystko, co ludzkie, a co zawarte w sferze tabu: defekację, seks (orgie), wymioty etc. Był to jeden z najbardziej radykalnych ruchów artystycznych odnotowanych przez historię sztuki (w pierwszym swym wystąpieniu Akcjoniści Wiedeńscy rozszarpali martwą owcę, czyniąc z niej element składowy większej kompozycji: krew martwego zwierzęcia, uderzanego siekierą, rozbryzgiwała się, tworząc tym samym “malunek” na płótnie; w sumie zgromadzili na swym koncie ok. 150 różnych wystąpień ― przyp.: J.K.). Osobiście usunęłabym tego rodzaju działalność “artystyczną”, która korzysta z jakichkolwiek zwłok i tym podobnych, z wszelkich opracowań analizujących ten makabryczny rozdział historii sztuki. Lecz akcjoniści ci ― byli, istnieli. I jeżeli poważnie zastanowić się nad ich istnieniem, to von Hagens, zdaje się, pchnął ich idee o krok dalej ― te dawne idee szoku wywołanego np. krwią czy wnętrznościami zwierząt, przepoczwarzył w nowy, dzisiejszy etap epatowania śmiercią: żywe ciało performera i jego rekwizyty w postaci martwego zwierzęcia zastąpił martwym ciałem człowieka, nazywając je rzeźbą, której znaczenie tłumaczy jako wyniesienie śmierci ludzkiej z obszaru tabu i przybliżenie jej wszystkim, aby każdy mógł oswoić się z widokiem śmierci i przestać się jej bać.

Wolność i granice artyzmu 2

To tłumaczenie von Hagensa jest nieuczciwe. Martwe zwłoki człowieka nie są rzeźbą. Dlatego, że nie występuje w działalności von Hagensa ten kluczowy element właśnie “gliny”, tworzywa czy narzędzia, a plastynacja będąca naukowym sposobem preparowania zwłok, nie może być rozumiana w żadnym razie jako metafora tej “gliny”. Po drugie umieszczenie owych specjalnie spreparowanych zwłok ludzkich w muzeum czy galerii, również wydaje się bardzo istotnym argumentem odmawiającym von Hagensowi artyzmu ― to już Akcjoniści Wiedeńscy zdają się o wiele bardziej uczciwi: ich występy performerskie odbywały się w pracowniach czy piwnicach, owiane były aurą świadomie zaplanowanego skandalu i poniekąd “brudnej tajemnicy”, performerzy ci nie wpychali się do galerii, ani do innych otwartych, rozległych przestrzeni publicznych; starali się szokować katolicko-mieszczańskie społeczeństwo, docierając doń jak gdyby z marginalnego punktu rzeczywistości, i nigdy nikomu nie obiecali doznań podniosłych czy mistycznych, w swoim przekazie pozostawali szczerzy, wstrząsający i prawdomówni. W czasach swej działalności wzbudzali przede wszystkim odrazę i szeroką, dogłębną niechęć, czyli dokładnie te emocje, jakie zaplanowali wzbudzać ― mało interesowali się nimi tak widzowie, jak krytycy; ich działalność zgodnie z założeniami samych akcjonistów jednak nigdy nie miała być komercyjna, łatwo dostępna.

Tymczasem na wystawy von Hagensa, zorganizowane w galeriach, na “wystawy sztuki”, w jakich w roli rzeźb ustawiono ludzkie zwłoki, rzeczywiście przybywają, mówiąc przysłowiowo, dzikie tłumy. Popularność tych wystaw każe niezwłocznie zastanowić się nad sensem wszelkich dzisiejszych sztuk wizualnych, ale także nad kondycją intelektualną i duchową cywilizowanych społeczeństw.

Ludzie podziwiają wystawę, krocząc krokiem spacerowym przez galerię, co pewien czas przystają i z zainteresowaniem robią zdjęcia ― “rzeźbom” i sobie, stojącym w towarzystwie tych “rzeźb”. Gdzieś tu została przekroczona granica ― i rozumienia, definiowania sztuki, i humanizmu jako postawy zogniskowanej na człowieku i na kondycji intelektualnej oraz duchowej człowieczeństwa. Ciała np.: więźniów, stały się obiektem wglądu z zewnątrz, a właściwie oglądu, który jest wyjątkowo płytki, nie tylko delikatnie powierzchowny. Jest to bowiem ogląd nieocierający się o historię któregokolwiek z ludzi, którzy stanęli w tym korowodzie danse macabre, którzy bez prawa głosu znaleźli się jako przedmioty w wystawie infantylizującej to złożone i arcypoważne zjawisko, jakim jest śmierć.

Von Hagens swoim “dziełem” opowiada nam nie o śmierci jako zjawisku istotnym, stanowiącym część życia, a zarazem w przeciwieństwie do życia ― zupełnie niepojętym, niezgłębionym, będącym ważną częścią tajemnicy świata, którego całości, patrząc z doczesnej perspektywy, nie znamy. Opowiada nam bardziej o umieraniu niż o śmierci ― za pośrednictwem martwych ludzkich tkanek, mówi do nas jakby: spójrzcie, właśnie tak wygląda ktoś, kto umarł ― to drobnostka, w tym nie ma nic strasznego czy niepojętego. Nie mogę się pogodzić z tego rodzaju stawianiem sprawy i mimo iż uważam, że kontrowersyjność jest ważnym (choć nie jedynym i nieobowiązkowym) elementem sztuki, tak kontrowersyjność von Hagensa jawi się więcej jako jego osobista zachłanność na bycie wyjątkowym, nade oryginalnym; w człowieku tym ― nie artyście ― wyraźnie pobrzękuje też motyw “sprawczości boskiej”, a raczej żądza posiadania takowej sprawczości.

Wystawa von Hagensa z cyklu “Body Worlds” po raz pierwszy pokazana była w Japonii. Do Polski również dotarła ― we wrześniu 2015 roku, do Wrocławia. I żeby było jeszcze brutalniej i więcej kontrowersyjnie: zwłoki w ramach wrocławskiego pokazu zostały wystawione nie w muzeum, a w przestrzeni parku. To tło dla tej wystawy ― tło będące miejscem, w którym na co dzień ludzie po prostu spacerują ― ustawia i samego von Hagensa, i zwiedzających na jeszcze niższym szczeblu ich rozumienia rzeczywistości, zagadnień życia, śmierci, jak i sztuki, niż wykazałam to we wcześniejszej części artykułu. I autor wystawy, i widz stają się w tej sytuacji ludźmi dalece prymitywnymi w bardzo negatywnym znaczeniu tego słowa, choć każda ze stron na własny sposób. Prymitywizm von Hagensa wydaje się jednocześnie postawą wyrachowaną, czy złowieszczą. Prymitywizm publiczności wydaje się nad wyraz ubogi, czy typowo, boleśnie konsumpcyjny. W sumie objazdowe wystawy von Hagensa na całym świecie zwiedziło około 40 milionów ludzi (o ww. wrocławskiej wystawie napisał Marcin Walków w artykule z dnia 24.09.2015. pt.: “Kontrowersyjna wystawa ludzkich ciał we Wrocławiu”; źródło: gazetawroclawska.pl).

Wolność i granice artyzmu 3

Teraz opowiem pokrótce, jak wyglądają “rzeźby” von Hagensa (Czytelnik o tzw.: mocnych nerwach ― w ww. artykule źródłowym może obejrzeć zdjęcia). Otóż są to zwłoki ludzkie pozbawione zewnętrznych powłok, takich jak skóra i tkanka łączna, które normalnie zasłaniają wnętrzności. Zatem ludzki eksponat wystawiany przez von Hagensa, to czerwona struktura mięśniowa, z widoczną siecią nerwową. Czasem zwłoki są przekrojone na pół, bądź w inny sposób rozkrojone i drastycznie odsłonięte oraz oddarte. Czasem jest usunięta pokrywa czaszki, by ukazać ludzki mózg. Brzuchy i klatki piersiowe ― otwarte, by uwidocznić narządy, które czasem są zdrowe, a czasem chore. Wystawy opiewają w eksponaty ludzkie o przekrojowych latach ― od płodów, przez dojrzałość, po starość. I w ten sposób potraktowane ludzkie zwłoki, umieszczone zostają w określonych pozycjach i z wykorzystaniem różnych rekwizytów. Np.: martwe, naruszone z naturalnych swych powłok i części składowych, ciało siedzi na krześle, pochylone nad stolikiem z szachami. Albo przepołowiony wzdłuż człowieczy nieszczęsny trup, który przypomina swą postawą skoczka narciarskiego w akcji.

Nie bez znaczenia dla tej “sztuki” pozostaje sam fakt pozyskiwania ludzkich zwłok przez von Hagensa. Wcześniej wspomniałam o ciałach więźniów, jednak kluczowa informacja brzmi: oficjalnie von Hagens korzysta z ciał ludzi, którzy przed śmiercią wyrazili zgodę na wykorzystanie ich ciał do celów nauki. Do celów nauki ― powtórzę więc, prosząc Czytelnika, by głęboko zastanowił się nad tymi słowami. Czy wystawienie ludzkich szczątków, pozbawionych zewnętrznych powłok, obnażenie (niczym człowieka–słonia w cyrku) ukrytych chorób i cech anatomicznych tych ludzi ― może być przez współczesne społeczeństwa tolerowane?

Niestety, praktyka życiowa potwierdza, że może być tolerowane. Von Hagens robi zawrotną karierę, jego laboratorium do prac nad plastynacją zwłok zatrudnia ponad 70 ludzi (wspomina o tym autor ww. artykułu ― przyp.: J.K.), a chętnych do kupowania kosztownych biletów na wystawy ― nie brakuje, co jest zastanawiające i powinno znaleźć się w centrum żywiołowych zainteresowań nie tylko socjologów, psychologów i antropologów kultury, ale i psychiatrów. Powinno również znaleźć się w zainteresowaniu prawników, bowiem wykorzystanie zwłok ludzkich przeznaczonych dla nauki do celów iście cyrkowych, zapewne nie jest zgodne z literą prawa chroniącego godność i wolę człowieka, a jeśli nawet takie prawo nie istnieje ― najwyższa pora, aby je napisać.

Sam von Hagens deklaruje ― a zgodnie z nim jego żona, także lekarz ― że martwe ludzkie ciało obsadzone w roli rzeźby, dla zwiedzających jest doświadczeniem wcale nie szokującym czy makabrycznym, a mistycznym. Jeśli ma rację i widzowie jego wystaw naprawdę nie doznają szoku, wtedy kondycja człowieczeństwa zwiedzających zdaje się jeszcze więcej zachwiana i niewłaściwa z moralnego punktu widzenia, aniżeli kondycja człowieczeństwa samego von Hagensa. Żywię jednakże mocną wątpliwość wobec tej deklaracji: nie sądzę, że widzowie rzeczywiście doznają wrażeń mistycznych. Raczej doznają właśnie osobliwego szoku, wynikającego z nagłego zetknięcia się z ludzkimi wnętrznościami, zdrowymi i chorymi, z siecią nerwów i obnażoną strukturą włókien mięśniowych. Zakładam, że przeciętny, zdrowy człowiek zderzony z tego rodzaju widokami, które normalnie nie są mu dostępne, doświadcza czegoś w rodzaju szoku pourazowego, tymczasem np.: przestrzeń muzealna będąca przestrzenią publiczną (przeznaczoną z reguły do całkiem innych spotkań, niż spotkanie żywego człowieka z martwym, pokrojonym i wypatroszonym człowiekiem), zakłóca zdolności rozpoznania i nazwania swojego szoku, tłumi naturalne odruchy emocjonalne, manipulując w ten sposób widzem i zmuszając go niejako do pochylenia się z szacunkiem czy wzruszeniem wobec brutalnie ujawnionych sekretów ludzkiego ciała. Lecz te emocje wzruszenia są nieautentyczne, nierealne do wzbudzenia w ten sposób, po jaki sięga von Hagens.

Wolność i granice artyzmu 4

Ponadto sam von Hagens deklaruje, iż jego dzieło jest podarowaniem ludzkości dostąpienia tej cudownej możliwości, a może nawet zaszczytu, jakim jest “spojrzenie w głąb siebie”. Jest to dalece wygodne motto przewodnie dla swej niemoralnej, obłudnej, w pewnym sensie zbrodniczej, działalności, która faktycznie ― nie służy ani szczytnym celom naukowym, ani nie jest wyrazem artyzmu.

Osobiście nie jestem zwolennikiem dzielenia sztuki na tzw.: wysoką i niską, w tym względzie zgadzam się z Umbertem Eco, który prócz bycia naukowcem i erudytą, był także fanem komiksów i biegłym analizującym kulturę obrazkową, przy czym nie uwzględniał owego podziału na sztukę wysoką i niską. Ja również nie widzę potrzeby tworzenia tego typu podziałów. Sztukę można rozpatrywać spójnie, uwzględniając różne jej gatunki, koncepty czy formy ekspresji ― rozgraniczenie jej na wysoką a niską, sprzyja generowaniu nastawienia: lepsze kontra gorsze, co odbiera analizie zrównoważonego wglądu w zjawisko, ustawiając tę analizę na ścieżce konfliktu. Zwłaszcza w tym artykule nie chciałabym się znaleźć na tej ścieżce, dlatego powoli docierając do ustanowienia definicji sztuki i artyzmu, nie chcę stosować przykładowych pojęć: komercja, nisza, sztuka wysoka, popkultura, etc.

Po nitce do kłębka: proponuję dotarcie do konkluzji, czym jest sztuka, na podstawie wyliczenia, czym sztuka nie jest…

Sztuka nie jest:

  • mistrzowsko wykonanym tortem czy innym dziełem cukierniczym, czy kulinarnym ― w przypadku imponujących majstersztyków kulinarnych możemy mówić jedynie o wybitnym rzemiośle, ale rzemiosło, to za mało, to nie dość, by wkroczyć w obszar sztuki. A jeśli ciasto będzie doskonałą miniaturową kopią rzymskiego Koloseum? A jeśli wierzch tortu ozdobi doskonale wykonana kopia Mony Lisy Leonarda da Vinci? To nie ma nic do rzeczy, gdyż mimo biegłych zdolności manualnych, mimo pomysłowości kuchmistrza, nadal będziemy mieli tu do czynienia z odtwórczością. A działalność odtwórcza nie jest artyzmem.
  • formą estetyczną znęcającą się nad człowiekiem jako istotą bezbronną (czystą i prawdziwą). Z tego względu filmy (np. dramaty, thrillery, dreszczowce) opowiadające o upadlającej przemocy (z wyłączeniem gatunku w rodzaju gore; to odrębna sprawa), można rozróżnić w następujący sposób: film pt.: “Martyrs: skazani na strach” jest doskonałym przykładem epatowania ludzkim cierpieniem, które to epatowanie jak gdyby obiecuje widzowi konfrontację z głębszym przekazem, ale ta obietnica jest fałszywa; tego przekazu tam nie znajdziesz, nie uświadczysz. Film ten nie jest sztuką, choć przyjmuje taką otoczkę (maskę), starając się pod to miano podpiąć. Odwrotnym przykładem jest film pt.: “Funny games” w reżyserii filozofa nazwiskiem Michael Haneke. Film ten również opowiada o brutalności, ale nie epatuje nią ― po nic; stanowi wstrząsający przekaz służący czemuś mądremu, głębokiemu, uzasadnionemu pod względem etycznym. Film ten jest sztuką. I nawet nie ma sensu tłumaczyć tu tego stanowiska dokładnie: proszę obejrzeć oba filmy i zwyczajnie zobaczyć tę różnicę, to, o czym tu mówię. Świadomy widz bez kłopotu zauważy tę różnicę. Widz mniej świadomy może skorzystać z mojej wskazówki, którą pozostawiam mu do dyspozycji w tej lakonicznej, enigmatycznej formie: pierwszy z wymienionych filmów nie jest sztuką, drugi nią jest ― niech Czytelnik spróbuje przekonać się naocznie, dlaczego tak jest; dlaczego to moje stwierdzenie warto uznać za prawdę…
  • formą estetyczną, jakąkolwiek… Estetyzacja nigdy nie była miarą artyzmu, rzecz jasna z pominięciem dzieł typowo dekoracyjnych, ozdobnych. Ludzie często ulegają atrakcyjnej powłoce, w którą ubrane jest dane dzieło. Często słyszymy slogany w rodzaju: “nie to ładne, co ładne, tylko co się komu podoba”. Lecz ta prosta sentencja opisuje osobniczy gust człowieka, toteż nie powinna być ona włączana w żaden dyskurs o sztuce. To, co nam się podoba lub nie, stanowi o naszych indywidualnych preferencjach ― a o gustach nie możemy dyskutować. Jak najbardziej możemy dzielić się ze sobą naszymi gustami, a raczej opiniami o nich, czyli odmiennymi sposobami postrzegania jednej i tej samej rzeczy, ale nie da się dyskutować z cudzym gustem, ponieważ nie da się określić, czy jest on dobry, czy zły. Potocznie mówi się co prawda: “w złym tonie”, “w dobrym tonie”, “w granicach dobrego/złego smaku”, ale te sentencje czy porzekadła odwołują się do ustanowionych norm społecznych; to całkiem inna historia. Poza tym mogą być odniesieniem do np. stroju, zachowania przy stole itp. Z filozoficznego punktu widzenia, cudzy gust nie może być podmiotem w poważnej (merytorycznej) dyskusji o sztuce, a to dlatego, że gust zawsze jest prawdziwy (a więc “dobry” w znaczeniu “prawidłowy”, “słuszny”) ― jest osobistą preferencją danej jednostki, i nie da się tej preferencji rozpatrywać w kategoriach “odpowiedniości” bądź “zasadności”. Zatem to, co nam się podoba, a co nie podoba, jest miarą gustu, a nie miarą sztuki. Inaczej mówiąc: na podstawie określonej narracji danego dzieła, na podstawie formy (estetycznej) danego dzieła, nie da się wymiernie “oszacować zawartości sztuki w sztuce”. Walory estetyczne, to za mało. Niezbędny jest wgląd wewnątrz dzieła.
  • ślizganiem się po powierzchni. Bo nawet biegłe rzemiosło, które wspina się na swoje wyżyny, kiedy nie dociera do “jądra” sprawy, tematu, problemu, wtedy jest jedynie rodzajem wydmuszki. Biegłość formy czy umiejętności twórcy nie definiują sztuki ― mogą być tylko jej elementem składowym, lecz same w sobie, pozbawione powiedzmy: korzeni, pozostają, perfekcyjnym wprawdzie, lecz jednak: niczym.
  • niechlujstwem. I tu warto potężnie zastanowić się nad słowem “niechlujstwo”. W życiu codziennym będzie ono oznaczało rodzaj bałaganiarstwa, z akcentem na nieumiejętność dopatrzenia, dopilnowania. W życiu codziennym może się ono wiązać ze szczególnym przejawem abnegacji. Niechlujstwo w sztuce, to natomiast zaprzeczenie sztuki. Słowo to w odniesieniu do artyzmu oznacza np. brzydki pośpiech, który każe załatwić wszystko jakkolwiek ― mrugnąć do widza, machnąć ręką, porzucić własne dzieło na etapie niedokończonym i powiedzieć, że to celowa furtka niedopowiedzenia, służąca widzowi do poczynienia swojej interpretacji. Otóż ― nie: przestrzeń na interpretację odbiorcy sztuki, która w zamyśle twórcy ma wynikać z niedopowiedzenia, to zupełnie inny środek konstrukcyjny, jego przykładem może być film pt.: “Piknik pod Wiszącą Skałą”.
  • wyrazem próżności. Wszak wokół próżności artystów narosło wiele legend, i jeszcze więcej stereotypów (modne dzisiaj słowo). Rzeczywistość jest inna: nawet jeżeli artysta prezentuje za pośrednictwem swego dzieła rodzaj pychy czy samouwielbienia, to zwykle, jeśli jest artystą, a nie pseudoartystą, za scenerią owej pychy kryje się niepowtarzalna wiarygodność, głębiej zakopana refleksja, dojmujący proces myślowy albo emocjonalny…

Wolność i granice artyzmu 5

Zatem ― czym, do diaska, jest sztuka, artyzm?…

Odpowiem za pośrednictwem tej oto punktacji:

  • Artyzm, to wrażliwość dodać trening. Inaczej mówiąc, artystą jest osoba dysponująca specjalną wrażliwością, którą niektórzy określą jako wrodzone predyspozycje, skłonności, inni jako talent, inni jako naturalne zdolności, jeszcze inni jako potencjał sprawczy/zdolność do kreacji. Trening zaś oznacza pracę nad “talentem”, czyli nad ową specjalną wrażliwością; oznacza ubieganie się w drodze wysiłku o władanie nad rzemiosłem. Czyli definicja sztuki, według mnie, na pewno musi korzystać z tych dwu, trzymających się ze sobą w ciasnej zaprawie, podstawowych cegieł, choć punkt ten wyraźniej definiuje samą postać artysty aniżeli artyzmu, i to tę najbardziej uproszczoną postać artysty (przecież tychże pierwiastków składowych, cegieł, musi artysta zawierać w sobie więcej, jak sądzę).
  • Sztuka to oryginalność. Nie odtwórczość, fałszerstwo ― rozumiane także jako fałszywa obietnica złożona widzowi.
  • Sztuka to działanie służące nie upiększeniu, a ulepszeniu świata ― czasem ulepszenie świata oznacza chęć czy konieczność wstrząśnienia światem, z wykorzystaniem rozmaitych, nierzadko kontrowersyjnych, środków stylistycznych. Ale owe środki kontrowersyjne nie mogą być niszczące wobec człowieczeństwa, nie mogą chować się za pozornie przybranym turpizmem, i udawać “rzeczy ważnych i drogocennych” za pozorem właśnie tejże atrakcyjnej maski.
  • Sztuka mianuje się szczerością, ale ― nie byle jaką. Sztuce chodzi bowiem o uczciwość, o precyzję, o… prawdę. A nie o wyplucie z siebie wszystkich flaków… po nic.
  • Sztuka jest trwała. W tym sensie, że sztuka “coś sieje”. Coś, co będzie podawane dalej, lecz nie na zasadzie cytowanych sobie wzajemnie opowieści, a na zasadzie “wyssania czegoś z mlekiem matki”. I to jest właśnie najprawdziwsza sztuka, artyzm…

Reasumując, przydałoby się w tym akapicie odwołać jakoś do owych granic sztuki, do ram sztuki… Szpetnymi i niepotrzebnymi nikomu granicami dla, szczególnie współczesnej, sztuki są różnego rodzaju cenzury, będące wycyzelowanym narzutem z zewnątrz, zwykle narzutem politycznym (np. poprawność polityczna; jakże zachłanne miano w dzisiejszej Europie). Np. cenzura w Polsce właśnie za pomocą odgórnego, “poprawnego” narzutu ― “wykastrowała” wybitne dzieło literackie Gabriela Garcíi Márqueza, pt.: “Rzecz o mych smutnych kurwach”. Wbrew ordynarnie brzmiącemu tytułowi, książka ta pozostaje wręcz romantyczną elegią o miłości i latach dojrzałych. Polska wydała książkę tę pod złagodzonym (ocenzurowanym) tytułem “Rzecz o mych smutnych dziwkach”; całość literacką poprzedza uderzająca (w pozytywnym, dodatnim sensie tego słowa) przedmowa tłumacza, który się tłumaczy (za niezależną od niego niegodziwość szpetnych cenzorów).

Z drugiej strony lubimy myśleć, że sztuka, że artyzm, to dziedzina życia będąca czystym niepohamowaniem, niczym niezakłóconą wolnością tak twórcy, jak odbiorcy. Tymczasem von Hagens udowadnia, że nie do końca tak jest: jego brak hamulców sprowadza i jego samego, i nawet widzów, do funkcji “doktorów frankensteinów”.

Kim zatem jest artysta?…

Człowiekiem obdarzonym talentem i pracującym ze oraz nad swoim talentem. Człowiekiem, który tworzy nie w zgodzie z normami społecznymi, ideologicznymi. Tym, kto nie potrzebuje “bata nad sobą”, ani naiwności “poszukujących”. On sam, korzystając ze swego naturalnego oraz świadomego zarazem światła alarmowego, kontrolnego, wie, co w sztuce jest “prawdziwe”, “służące”, a co pozostaje “żerowaniem” ― na drugim człowieku, na społeczeństwie, na nim samym, na wartościach… Mówiąc wprost: artysta nierzadko wstrząsa i szokuje, lecz nawet wówczas, gdy to robi, nie wątpi w głębię etyki, doskonale rozumiejąc i wiedząc, iż jest ona niedokończonym dziełem, wiecznie żywym, królowej wszystkich nauk, czyli filozofii…

Justyna Karolak

Dla zilustrowania artykułu skorzystano ze znakomitych prac Beksińskiego.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (9)
  • w porządku-niezła grzanka (8)
  • potrzebny-smaczny tost (8)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *