Wolność, pokora i bezwstyd

Długo biłam się z myślami, czy zabrać publicznie, oficjalnie głos w sprawie strajku nauczycieli (oraz w kilku innych sprawach natury społeczno-politycznej, które ze strajkiem nauczycieli się wiążą).

Szczerze powiedziawszy, aktualnie przebywam w tak specyficznym momencie życia i pracy, że powinnam omijać problematykę strajku i polityki szerokim łukiem – właśnie wydaję kolejną powieść, a w związku z tym faktem mam na głowie masę kompletnie niepolitycznych przemyśleń i silnie zindywidualizowanych, a nie prospołecznych zadań do wykonania. Wszystkie te zadania wynikają bezpośrednio z dziedziny sztuki, artyzmu, a w tym świecie – prócz tego, że bywa w nim trudno, ponieważ jest to świat przepełniony nietypowymi wyzwaniami – przede wszystkim jest niesłychanie przyjemnie. Dlatego, że sztuka, a w jej obrębie literatura piękna, to rzeczywistość zogniskowana na pięknie i na sprawiedliwości oraz na dążeniu do tego, by realny świat dostępny za oknem – opuścić lepszym, łaskawszym, milszym, niż się go zastało.

W moim świecie – tym literackim, czyli tym fikcyjnym, wymyślonym – wolno mi wszystko i nikt nie może mi zabronić. Ten odżywczy stan wolności, którego doświadczam, kiedy piszę literaturę, jest moją nieustającą, nieblednącą, najbardziej żarliwą tęsknotą, moim najpiękniejszym prezentem od losu i moim najważniejszym zwycięstwem nad kruchą materią życia. Za każdym razem, kiedy zasiadam do pisania powieści, czuję niebywałą wdzięczność i myślę, że urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą. Nawet w sytuacjach, kiedy w pisaniu jest mi dramatycznie trudno, kiedy czuję się jak Syzyf, kiedy tłukę bezbronną łepetyną w jakiś niewidzialny, a jakże potężny, twardy mur – gdzieś pod skórą w dalszym ciągu czuję gigantyczną wdzięczność za to, że jestem pisarzem. Bo tak istotna jest dla mnie wolność… Wolność w mojej ocenie jest warta każdej ceny.

Bardzo ciekawy pisarz, Tom Robbins, w jednej ze swych powieści powiedział, że istnieje tylko jedna rzecz ważniejsza od szczęścia, i jest nią wolność – ja podpisuję się pod tą refleksją wszystkimi kończynami, opieczętowuję tę refleksję wszystkimi swoimi zmysłami i biorę całkowitą odpowiedzialność intelektualną za tę deklarację: uważam, że wolność jest piękna nawet wtedy, kiedy jest sroga – kiedy wymaga poświęcenia, kiedy boli, kiedy piecze, kiedy uwiera jak ostry kamień w bucie… Wolność jest warta każdej ceny!

Kolejny cytat, pod którym ochoczo się podpiszę, należy do Kazika, który śpiewał: „Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych. Idę prosto, dopóki nie padnę”…

Właśnie dlatego jako młoda dziewczyna oparłam się pokusie migracji ekonomicznej. Bo tutaj – w Polsce się urodziłam. To jest moja ojczyzna. Nie pozwoliłam sobie na to, by wyjechać za chlebem, by stać się emigrantem, żyć i pracować gdzie indziej. Tu jest mój kraj – mój język ojczysty i literacki, i moja ziemia. Za granicą nie czułabym się prawdziwie wolna. Jeden z moich ukochanych pisarzy, Márquez, w swej wybitnej powieści pt. „Sto lat samotności” powiedział z kolei, że człowiek nie należy do żadnej ziemi, dopóki nie ma w niej swoich bliskich. Zrozumiałam te słowa bardzo dobitnie w chwili gdy zmarł mi tata. Wtedy, kiedy musiałam go pochować. Spoczął w polskiej ziemi. I wtedy zrozumiałam i poczułam każdą komórką swojego organizmu, że Polska to moja ziemia. Nie rządzę nią, nie władam nią w żaden sposób, a jednak ją „posiadam”, i jednocześnie sama do niej należę.

Na życie wybrałam trudny, dziwny zawód – zostałam pisarzem i redaktorem. A są to uporczywe, żmudne, nisko dochodowe prace. Podjęłam się ich jednak z premedytacją, kierowana owym poczuciem wolności – tamtym charakterystycznym podskórnym pragnieniem. To, że chcę być możliwie wolnym, swobodnym, suwerennym człowiekiem, że pragnę wykonywać taką pracę, jaką kocham, do jakiej czuję powołanie, ma oczywiście swoją cenę. Jest nią niski status ekonomiczny. Jest nią niewygoda życia, związana właśnie z poczuciem niskiego standardu ekonomicznego. Artysta w Polsce zarabia mało, a na pisaniu literatury zarabiają praktycznie wyłącznie największe, najbardziej poczytne nazwiska – ale ja nigdy na ten stan rzeczy nie narzekałam. Nawet w latach, kiedy płakałam, ponieważ tak ciężko wiązałam koniec z końcem, wytrwale zaciskałam zęby i nie ustawałam w swojej miłości do robienia literatury. Nawet w tamtych złych, ponurych chwilach powtarzałam sobie, że jestem szczęściarą – nie jestem przecież górnikiem, nie ryzykuję w pracy swoim życiem, nie jestem chirurgiem, nie ryzykuję cudzym życiem, nie jestem opiekunem paliatywnym; moja praca (pisarza i redaktora) w przeciwieństwie do tych wszystkich wysiłkowych zawodów jest bezpieczna… więc zawsze powtarzałam sobie samej i również głośno deklarowałam, że robienie w życiu codziennym, zawodowym tego, co kocha się najbardziej na świecie, warte jest wszelkiej ceny – zawsze mówiłam, że chociaż nie zarabiam kokosów, dostąpiłam w życiu wielkiego przywileju: pisząc literaturę, chronicznie doznaję utęsknionego poczucia wolności… Zdarzało się, że na śniadanie, obiad i kolację jadałam chleb smarowany wolnością albo ziemniaki polane wolnością – żadna potrawa nigdy nie smakowała pyszniej!

Dlatego z przerażeniem obserwuję strajk nauczycieli – w mojej głowie ciągle tęskniącej do wolności, a w tym zakresie także do sprawiedliwości i piękna, i w moim sercu ciągle wolnością nienasyconym dosłownie pomieścić się nie może, że właśnie ta grupa ludzka, która wypisała kredą na tablicy serduszko i napis „dziękujemy TVN” oraz radośnie zaśpiewała parafrazę piosenki zespołu Lombard – to ta sama grupa, która nazywa się ciałem pedagogicznym; to ta sama grupa, która uczy polskie dzieci. Panie nauczycielki śpiewające tę piosenkę – która w ich intencji miała być wzruszającym i zapewne brawurowym protest-songiem – przerosła skalę zażenowania społecznego i uzyskała bezapelacyjnie słuszny status tzw. arcysamozaorania. Kiedy przypadkiem zobaczyłam w sieci filmik prezentujący ów nauczycielski protest w formie „piosenkowego wesoluchnego wykonu”, w formie istnej „paraolimpiady intelektualnej”, to był ten moment, w którym zapadła we mnie ostateczna klamka w sprawie strajku nauczycieli i postanowiłam przemówić – bo ten „wykon”, drodzy i szanowni Czytelnicy, choć wygląda na śmieszną parodię, w rzeczywistości jest kwintesencją tego, co w polskim systemie edukacji najgorsze: on obnaża to, że tak odpowiedzialny, tak szczególny zawód, jakim jest nauczyciel, wykonują w Polsce ludzie kompletnie nienadający się do niego. Nienadający się – sądzę, że to najstosowniejsze i najpełniejsze określenie opisujące twarze tych pań, które samą mimiką zdradziły przed całą Polską, że nie mają pojęcia ani o podniosłości zawodu nauczyciela i odpowiedzialności intelektualnej za pracę nauczycielską, ani o tym, po co w ogóle w szkole pracują, co należy do ich priorytetowych powinności, ani też w jak wyjątkowym momencie politycznym się znalazły.

I nie, nie uważam, że wszyscy nauczyciele w Polsce są równie zdumiewającymi osobnikami prezentującymi swoistą „ułomność umysłową” – wcale tak nie uważam! Jestem przekonana o tym, że w Polsce są – żyją, pracują i z trudem wiążą koniec z końcem – pedagodzy z prawdziwego zdarzenia, pedagodzy z prawdziwego powołania i pedagodzy imponujący pod względem poziomu wiedzy i kultury osobistej. Z całego umysłu i serca życzę tym nauczycielom godnego wynagrodzenia za ich uczciwą, piękną i jakże wymagającą pracę. Problem natomiast polega na tym, że ten strajk ma przede wszystkim wymiar polityczny, a nie idealistyczny – nauczyciele jako grupa zawodowa stali się w tym bieżącym układzie politycznych tarć, jakim jest ów strajk, figurami, by nie powiedzieć, że pionami na szachownicy naszych sił politycznych. Opozycja gra różnymi grupami społecznymi i zawodowymi ze wszystkich sił, rząd tym zagraniom naturalnie się opiera, a jednostki nauczycieli naiwne czy nie dość bystre intelektualnie, aby tę sytuację zauważyć i pojąć, niestety rzutują szkodliwie na całą strajkującą grupę zawodową. Ten strajk nie przyniesie nauczycielom żadnych wymiernych korzyści – przyniesie im wręcz straty, bo odzyskanie ogólnego zaufania społecznego, nie wspominając o bezpośrednim szacunku uczniów i rodziców, będzie po tych występach ogromnie trudne.

Ale oprócz samych nauczycieli, a przede wszystkim dzieci, młodzieży i rodziców – bo to tegoroczni maturzyści i ich rodzice są w całym tym kontekście najbardziej poszkodowani! – straty poniesiemy też my wszyscy, całe nasze społeczeństwo. Zapłacimy słone ceny za ten karykaturalny bałagan, który odbywa się na naszych oczach w charakterze „spektaklu teatralnego”, a w zamian za te koszty nie uzyskamy nic, a zwłaszcza nie uzyskamy wolności. Dalej będziemy jako naród i jako społeczeństwo kisili się w czerwonym sosie marksistowskim, socjalistycznym, bo jesteśmy społeczeństwem nader spolaryzowanym, a kondycja naszej aktualnej rodzimej demokracji dowodzi jasno, że nie zależy nam na rozwiązaniach systemowych, że nie zależy nam na poprawie statusu ekonomicznego i gospodarczego, że nie zależy nam na uzyskaniu realnej, namacalnej wolności – nie zależy nam! Jesteśmy społeczeństwem zapatrzonym w komunizm i skażonym, upośledzonym komunizmem – zatem nie chcemy być wolni, nie chcemy iść naprzód, nie chcemy iść prosto, lecz wolimy dusić się w tej starej czerwonej zupie. Bo jedyne, o co głośno potrafimy krzyczeć, to podwyżki, podwyżki, podwyżki…

Najwyższa pora zacząć przynajmniej próbować zrozumieć, że dopóki będziemy jako społeczeństwo głosowali na partie lewicowe, dopóty nasz osobisty byt materialny się nie poprawi. Wy, moi drodzy Rodacy, którzy popieracie lewicę – a jest nią zarówno PO, jak PiS – zawierzyliście słodkim wydmuszkom słownym zaczerpniętym z idei humanistycznych, i nabraliście się na ten ohydny transfer pozorów humanizmu do ideologii politycznych-lewicowych, a prawda jest taka, że wierząc w tę wydmuszkę, w tę śliczną otoczkę tolerancji, sprawiedliwości, sami pozbawiacie się wolności, sami się niewolicie, bowiem swoimi głosami przy urnach pozwalacie na to, aby w Polsce królowała zbrodnicza ideologia komunistyczna, tak szpetna, tak pełna zatrważających, niegodziwych absurdów i tak archaiczna, ale przede wszystkim popierając tę ideologię, popieracie systemy rozdawnicze, dogłębnie socjalistyczne, systemy oparte nie na sprawiedliwości, lecz na czymś doskonale przeciwnym: na paskudnym reżimie ekonomicznym. Czyli popieracie systemy próżnej, zadufanej w sobie władzy, która nagradza leniwych, a kara przedsiębiorczych – bo tym kierują się ideologie lewicowe, one w praktyce zawsze dążą do zbudowania systemu dojącego społeczeństwo, a krzywda ludzka (społeczna) jest w ideologie lewicowe zwyczajnie wkalkulowana.

I taki też od grubych dekad jest nasz rodzimy system edukacji – to system komunistyczny, feudalny, obrzydliwie przestarzały, w którym uczeń „zwycięża” wyłącznie wtedy, gdy jest potulnym konformistą, a w którym uczeń przegrywa, gdy jest indywidualistą i człowiekiem przedsiębiorczym. Głosując na lewicę – czy będzie nią PO, czy PiS, czy inna dowolna partia proniemiecka, probrukselska, prorosyjska, proamerykańska lub filosemicka – głosujecie na komunę, na antywolność, na antywartości, na niesprawiedliwość, zaś opowiadacie się za podtrzymaniem systemu dojnego, w którym wybrana przez Was osobiście władza decyduje o tym, kogo z Was wydoić bardziej, a kogo tylko trochę mniej, a Wy jesteście dobrowolnie zniewolonym „bydłem mlecznym”, które cieszy się, że stoi grzecznie w ładnej oborze, i tylko woła entuzjastycznie od czasu do czasu w nagłym „przebłysku”: – A bo krowy w innych krajach europejskich mają więcej trawy, ja też tak chcę, dajcie mi!

Polska, aby wreszcie oczyściła się z widma komunizmu, socjalizmu, marksizmu – potrzebuje dziś silnych, odważnych i przede wszystkim polskich, dostosowanych do naszych rodzimych realiów, a nie ślepo kopiujących iście mitycznie utęskniony Zachód, decyzji ekonomicznych. Likwidacja Karty Nauczyciela jest w kontekście naszej edukacji kluczowym krokiem – ustrój Polski musi zostać drastycznie przebudowany, tak aby system polityczny, w którym wszyscy żyjemy, przestał nagradzać leniwych, cwanych, próżnych etc., a zaczął nagradzać przedsiębiorczych. Likwidacja komunistycznych przywilejów nauczycielskich jest pierwszym krokiem do uzdrowienia polskiej edukacji – i pierwszym wymiernym krokiem do długofalowych zmian ekonomicznych, czyli do realnych podwyżek dla dobrych pedagogów. W zdrowym systemie nie będą to jednak podwyżki rozdawnicze, lecz realne sukcesy wypracowane przez ludzi ich własnymi rękoma i dla własnej korzyści rozumianej tu jako poczucie i bezpieczeństwa, i wolności; przez ludzi, którzy chcą i nie boją się pracować, którzy chcą robić własne pieniądze, i dopiero wtedy to będą godne pieniądze, kiedy zaczną być robione adekwatnie do wysiłków, i których państwo nie będzie nam de facto kradło właśnie po to, aby to, co każdy z nas samodzielnie i lojalnie wypracował, rząd nieustannie przekazywał innym ludziom, tym leniwym, tym próżnym, tym na nagrody niezasługującym.

Dziwię się tym moim rodakom, którzy chcą żyć w umysłowym i emocjonalnym otępieniu. Dziwię się i jednocześnie coraz bardziej się boję, że nasze społeczeństwo nie chce słuchać konkretnych postulatów polityków dotyczących przemian gospodarczych, ekonomicznych; boję się, że jako naród i społeczeństwo widocznie nie chcemy wysłuchiwać konkretnych argumentów, ciągle wolimy iluzję przemian, ciągle wolimy „bezpieczny, wygodny” – stary system, który nie lubi, kiedy myślimy samodzielnie, a który lubi, kiedy się podporządkowujemy i tak ładnie, ślicznie zezwalamy na to, aby nas doić.

Polska potrzebuje – odbiurokratyzowania, odurzędniczenia, odpodatkowania, odsystemowania i odpartyjnienia, odPITowania i odZUSowania; nie wiem, jakich czystszych słowotworów użyć, żeby zapostulować skutecznie, że ostatnim, czego Polacy dziś potrzebują, to podtrzymywanie starych komunistycznych reżimów, w jakiej formie by one nie były: czy w formie bardziej złodziejskiej i zbrodniczej, czy tylko nieco łagodniejszej, mniej jawnej… każda forma komunizmu i myślenia lewicowego jest zła, bo szkodzi ludziom przedsiębiorczym, odważnym i nonkonformistycznym.

Ja osobiście jako Polka jestem gotowa ponosić słone koszty – od lat jestem w pełni gotowa ponieść mrowie wyrzeczeń osobistych na rzecz głębokich zmian systemowych w moim kraju, w mojej ojczyźnie, na mojej ziemi; zmian służących zbiorowości Polaków, a nie tylko mojemu osobistemu spełnieniu, ale bezpośrednim skutkiem tych moich decyzji poświęcenia musi być wolność, którą poczuję w swoim szpiku, a nie tylko w literaturze, którą samodzielnie uprawiam. I musi to być nie wolność-wydmuszka, nie wolność-mimoza, nie wolność-pseudodemokracja, nie wolność-pojęcie abstrakcyjne czy czysto artystyczne, tylko wolność realna, rozumiana jako namacalny owoc moich starań jako obywatela, jako Polki. Mówiąc wprost: mogę jeszcze zaciskać zęby, i będę to robiła, jeśli trzeba – dla głębokich, radykalnych przemian systemowych – ale w zamian oczekuję uczciwych liderów i prospołecznych działaczy politycznych, którzy realnie podniosą moją Polskę z kolan i którzy realnie dadzą mi poczucie, że jestem suwerenem, a nie mięsem armatnim służącym w wyścigu do wyborczego i finansowego koryta, a nie bydłem mlecznym miłym w obsłudze, czyli łatwym w dojeniu.

Rozumiem, mój Rodaku, że nie chcesz głosować na Janusza Korwina-Mikkego, a bo jest nieobliczalny, ani na Pawła Kukiza, a bo jest niekompetentny… Który polityk zatem jest według Ciebie wymierny i kompetentny? Ten, który składa kwiaty na grobie Spinellego, obrzydliwego komunisty, którego nazwisko wisi jawnie na eleganckiej wizytówce nad samymi drzwiami wejściowymi do Europarlamentu? Czy ten, który jako ówczesny premier Polski – tuż po tragicznej aferze taśmowej, w ramach której czołowi ministrowie Polski śmiali się rubasznie, że Polska jako państwo istnieje tylko teoretycznie, w swojej uroczystej przemowie do narodu polskiego stwierdził, że on w tych słowach (tak: w tych mówiących o Polsce jako państwie teoretycznym!) usłyszał troskę ministrów o nasz kraj…?

Wiem, co myślisz i czujesz – ja też nie jestem zachwycona wszystkimi postulatami Korwina-Mikkego, ale! Jego propozycje ekonomiczne, jakie od lat snuje dla Polski, są przynajmniej wymierną wizją intelektualisty. Ja też czuję się czasem zawiedziona niektórymi postulatami Kukiza, ale przynajmniej widzę w nim człowieka… to już bardzooo dużo, zwłaszcza jak na polską scenę polityczną.

Wiem także, że chciałbyś teraz wyśmiać lub co najmniej potężnie skrytykować moje poglądy prawicowe, ale i tu muszę Cię boleśnie rozczarować: wprawdzie szczerze i konsekwentnie brzydzę się lewicą, ale i z prawicą nie do końca mi po drodze. Prawda jest taka, że dopóki – dziś, teraz, już! – nie znajdziemy wspólnie jako naród, jako społeczeństwo polskie wspólnego języka służącego zniesieniu wstrętnej, zasianej w nas przez różnych wodzów politycznych polaryzacji poglądów, dopóty będziemy jako kraj, jako naród, jako społeczeństwo trwać w przebrzydłej aurze kolorystycznej rosyjskiej smieny, która produkowała fotografie w kolorze czerwonym, a dziś ten przeohydny kolor czerwony tylko w ramach chwilowej pseudootuchy regularnie przybiera estetykę uroczej niebieskiej flagi… No więc albo komunizm – aż w końcu udusimy się w tym obrzydliwym sosie, albo społeczeństwo nasze się opamięta i postawi najpierw na głębokie, precyzyjne, prężne zmiany systemowe i przede wszystkim ekonomiczne.

Ja osobiście jestem zdania, że powinniśmy najpierw postawić na ekonomię (rozumianą tu jako rozwiązania systemowe, a nie socjalistyczne-rozdawnicze), bo ona nas uzdrowi i dopiero ona pociągnie za sobą inne wymierne pozytywne skutki. Dopiero kiedy jako naród i społeczeństwo weźmiemy głębszy oddech – właśnie ten ekonomiczny, gospodarczy, przedsiębiorczy – dopiero wtedy uda nam się myśleć dalej, głębiej i prawdziwie, a nie fałszywie humanistycznie. Dopóki naszemu społeczeństwu brakuje chleba – a na tak katastrofalnym poziomie ekonomicznym i gospodarczym Polska w tej chwili funkcjonuje – dopóty w nosie mamy igrzyska. Najpierw musimy zabezpieczyć sobie „chleb”, a dopiero później możemy docierać się w poglądach obyczajowych.

Wracając do sprawy strajku nauczycieli – jak najbardziej popieram ideę, że powinien być to zawód wynagradzany uczciwie i godziwie, czyli proporcjonalnie do nakładu wniesionej przez nauczyciela pracy. Tak samo zresztą myślę o lekarzach oraz o pielęgniarzach i ratownikach medycznych. Ale – koncentrując się dziś na zawodzie nauczyciela – nie popieram urokliwego klaskania w rączki i błahego skandowania o nieklasyfikowaniu tegorocznych maturzystów, nie popieram radosnych, a prymitywnych i wprost depresyjnie żenujących protest-songów, nie popieram także szpalerów wstydu, czyli mobbingu. Wy, strajkujący właśnie w tych formach, w jakich strajkujecie, Nauczyciele, staliście się przekupnymi marionetkami w rękach niechlujnej, zakłamanej opozycji, oraz zakładnikami kryptosocjalistycznego rządu – na jednym i drugim skrzydle figurujecie na przegranej pozycji, a żeby była całkowita jasność: ja nie triumfuję nad tym faktem; ja nad tym faktem dogłębnie ubolewam.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – pisarz i redaktor. Autorka niemodnych, niepopularnych i niedobrych, bo niepoprawnych politycznie, powieści oraz twórczyni długiego, trudnego, a nawet nudnego podcastu dla pisarzy i wszystkich zainteresowanych procesami budowania literatury.

ilustracja w tekście – autorstwa Leonarda Jaszczuka
B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (8)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

4 komentarze

  1. Podpisuje się wszystkimi kończynami i nie tylko pod komentarzem Marka.

  2. Marek Szczasiuk

    Ładnie, rzeczowo i z szerokim horyzontem. Wyważony i “estetyczny” tekst. Miło było przeczytać. Pozdrawiam serdecznie

Pozostaw odpowiedź justynakarolak Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.