Wstyd za pseudo-feminizm

Wstyd za pseudo-feminizm 5

Coraz częściej natykam się na kobiety uważające się za feministki i pod szyldem feminizmu wojujące agresywnym, bądź nieprzemyślanie histerycznym, słowem o lepszy w ich mniemaniu świat – jeden ujednolicony świat dla, bez wyjątku, każdego.

Równouprawnienie? Na internetowym forum czytam wypowiedź kobiety uznającej się za feministkę: chcę móc odśnieżać ulice i nikt nie ma prawa mi zabronić!

Myślę, bez ironii, w odpowiedzi: a łap za łopatę, i nią zasuwaj – kto Ci broni?

W innym miejscu oceanu internetowego widzę zdjęcie z „Manify” – na zdjęciu widnieje otyła kobieta lat na oko około 60, z transparentem w dłoni, a na transparencie czytam napis: Pierdolę, nie rodzę!

Drodzy Czytelnicy – płci jednej i drugiej, pytam się Was dzisiaj: za co szanować te kobiety?

Próbowałam niejednokrotnie zabrać głos w owej „feministycznej” dyskusji, czego wyrazem była działalność mojego Ruchu Przeciw Feministycznym Atrapom (ROPFA), czego wyrazem było kilka artykułów opublikowanych między innymi na łamach Tostera Pandory. Próbowałam niejednokrotnie zabrać głos w owej „feministycznej” dyskusji, nazywając dotychczas jasno nienazwane oraz uwypuklając treści dla myślących ludzi oczywiste, a przez „feministki” konsekwentnie i z premedytacją niezauważane. I co osiągnęłam? Nic. Tłukę łbem o ścianę. A po co?

Toteż dziś spieszę Wam donieść, iż oto kończę dyskutowanie, bowiem wszelkie próby wszczęcia merytorycznych dyskusji w tej dziedzinie spełzają na niczym, bowiem wszelkie dyskusje w tej dziedzinie stają się pozbawione jakichkolwiek walorów intelektualnych. Stąd wstyd mi zwyczajnie brać w podobnym korowodzie intelektualnych mielizn i popłuczyn czynny udział.

Stąd niniejsze podsumowanie – zdobywam się dzisiaj na ostateczne, swoiste résumé, bo mi się dłużej nie chce mówić do idiotek, które:

  • które w środku chcą być „pozapłciowe”,
  • które w pozbawionym sensu wynalazku pod tytułem „Parytety” upatrują ósmy cud świata,
  • które po przekroczeniu progu klimakterium wrzeszczą do tłumów przez megafony: Mam cipkę!,
  • które małym chłopcom tłumaczą bez mrugnięcia okiem, że gdy ci dorosną, wcale nie muszą być chłopcami, gdyż wybrać mogą, jakiej płci będą…

Czym jest współczesny, nowoczesny świat? Środowiskiem niezwykle żyznym dla uprawiania pseudo intelektualnych żonglerek o upośledzonej jakości motorycznej.

Świat nie stanie się lepszy wskutek przyjmowania przez ludzi sztucznych, świadomie wykreowanych póz. Świat nie stanie się lepszy dlatego, że ludzie będą lepić dla siebie skrzywione opiniami z zewnątrz, patchworkowe persony. Od cudzych projekcji na temat świata nie zmieni się niczyja indywidualna natura, tak samo jak nie uwspólni się biologiczna matryca, z jakiej powstaną kolejne i kolejne pokolenia – zmienić się może jedynie ogólna percepcja niczego więcej poza teraźniejszością, lecz i to na nic, ponieważ postrzeganie nigdy nie było i nigdy nie będzie tożsame z widzeniem, widzenie to proces, związany z umiejętnością rozumienia rozmaitych perspektyw i poszanowania wartości czasu, zarówno przeszłego, jak i teraźniejszego, jak i przyszłego. I rozumienie – to również nie synonim myślenia życzeniowego, rozumienie to obserwacja i samodzielne konkludowanie z niej wynikające.

Dawno, dawno temu, gdy mała dziewczynka boleśnie i do krwi otarła sobie kolano, chętnie – odruchowo i instynktownie – przybiegała ze szczerym płaczem do mamy, by otrzymać utulenie, pochylenie się nad jej cierpieniem z czułością. Dziś od matki taka sama dziewczynka uzyska informację, że otarte kolano – to nie koniec świata, że dziewczynka może dalej wspinać się po drzewach i ranić, ile dusza zapragnie, rzecz jasna – na równi z chłopakami, ponieważ fakt, że dziewczynka jest od nich mniejsza i delikatniejsza, i taką też się czuje, to nic, przecież nie wolno dziewczynki oceniać po wyglądzie, ani „kodować” w niej „słabości”…

Co powinnam myśleć o świecie, w którym małym chłopcom każe się płakać, a dziewczynkom zabrania się płakać? W pierwszym przypadku celem jest zmuszenie do okazywania uczuć, w drugim – zmuszenie do ukrywania uczuć. Ja uważam, że najzdrowsza jest droga środka. Czyż dzieci nie powinny być traktowane tak, jak tego potrzebują – one, w danej chwili, zależnie od ich naturalnej osobowości, a nie zewnętrznego chciejstwa czy myślenia życzeniowego? Dlaczego mamy traktować je tak, jak ogłosiła pani „psycholożka” z telewizora, bez brania pod rozwagę osobniczego kolorytu i potrzeb dziecka?

Dlaczego pojęcia „instynktu”, „natury”, „odruchu” czy „biologii” mają na każdym kroku ustępować miejsca pojęciom takim, jak „kultura”? Czyż normalny, przeciętny, współczesny człowiek zdążył już na dobre zapomnieć, że oba aspekty są jednakowo istotne?

Od pseudo feministycznych bredni mogę ze wstrętem i bezpiecznie odwrócić głowę, ale wstyd mi za skrzywiony obraz świata, w którym rosną nowe dzieci. I tak, bezwzględnie tak właśnie uważam: dzieci we współczesnym świecie nie są bezpieczne, a ich przyszła wartość intelektualna i społeczna stoi pod znakiem zapytania ze względu na wstrząsające współczesnym światem ww. popłuczyny para-pseudo-nauk Gender. I dobrze mnie zrozumcie: mnie naprawdę nie obchodzi, czy dany człowiek jest fioletowy, różowy, czarny czy biały. Nie obchodzi mnie Twoja orientacja seksualna. Ja naprawdę jestem tolerancyjna: pierwsza w kolejce za tym, by pary homoseksualne mogły zawierać śluby, by geje mogli adoptować dzieci, by zmiękczyć ustawę antyaborcyjną i by zwalczyć klauzulę sumienia. Lecz nie jestem za tym, by rozpowszechniać wymyślone bzdury o tym, że w życiu liczy się tylko i wyłącznie wychowanie, kultura, wszelkie cechy zaszczepiane z zewnątrz – że wyłącznie wszelkie cechy wpajane dzieciom z zewnątrz będą determinowały ich kompleksowe człowieczeństwo.

Głęboko wierzę, że każdy człowiek jest „czymś” więcej, niż jedynie zestawem cech zaszczepionych z zewnątrz. Że nie da się wytresować człowieka, zaprogramować go na kształt określonego światopoglądu. Że nawet w małym dziecku tkwi jego własna, prywatna, osobnicza prawda o nim samym, której bezwzględne kierunkowanie identycznie do niewolenia i rugowania od najmłodszych lat – jest niemoralne, okaleczające i społecznie szkodliwe.

Pozostaję całym sercem za tym, że gdy mały chłopiec woli bawić się lalkami, wtedy należy dać mu do dyspozycji lalki. Ale nigdy nie podpiszę się pod tym, by siłą odbierać mu samochodziki i szabelki.

Pozostaję całym sercem przeciw bezwzględnej modzie unisex, przeciw mentalnemu i emocjonalnemu obojnactwu na życzenie, przeciw namawianiu chłopców do siusiania na siedząco, przeciw odmawianiu małym dziewczynkom bycia ładnymi w różowych tiulach i falbankach, kiedy te – ochoczo, z własnej woli się stroją, kiedy najszczęśliwsze na świecie, dumnie wkraczają wczesnym rankiem do sypialni rodziców, aby się pochwalić swoim wyglądem: przebraniem w za duże szpilki matki oraz buzią wymalowaną czerwoną szminką.

Dążenie do ujednolicenia świata we wszystkich możliwych rejestrach jest niezdrowe, a wręcz patologiczne. Świat ma być kolorowy, niejednoznaczny, różnorodny i zwyczajnie – różny. Świat ma być swobodny, nieciążący, niejednakowy i wolny. Cywilizacja, to nie to samo, co kultura, zaś świat, oprócz kultury i cywilizacji, wciąż jeszcze składa się z biologii. A ona rządzi się własnymi prawami, których konsumpcyjny, popowy, dwudziestopierwszo-wieczny umysł rozumieć wprawdzie nie musi, gdyż takiego obowiązku nie ma, ale powinien przynajmniej uszanować. Dlaczego, po co?

Ponieważ ludzie – prócz umysłu i duszy – są przede wszystkim plątaniną żył, naczyń, śluzów, krwi, śliny i flaków, wobec których najświatlejszy umysł i najjedwabistsza dusza pozostają bezbronne i „głupie”. Ponieważ nie da się wpoić życia – można je zaledwie począć. Ponieważ próby projektowania i produkowania życia są zabawą zakompleksionych w „panów bogów”. Ponieważ dążenie do równości nie polega na ujednolicaniu. Ponieważ zacieranie różnic między płciami szpeci piękne zwierzę, jakim jest człowiek.

Pseudo-feminizm wzrasta wprost proporcjonalnie do nabywanych kilogramów. Najwięcej zaktywizowanych „feministek” w XXI wieku znajdziemy wśród grubych i/lub brzydkich. Znajdziemy wszędzie tam, gdzie niewiasty wątpliwej urody i wdzięku, porzucone przez mężczyzn – opychają się litrami lodów. Bo jak wspomniałam, pseudo-feminizm jest zabawą zakompleksionych.

Ze wstydem

Justyna Karolak

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. I znów mógłbym się pod Twoim wpisem (artykułem?) podpisać oburącz, gdyby nie fragment jednego zdania:

    „by geje mogli adoptować dzieci”

    Za chwilę piszesz (i z tym akurat się zgadzam):

    „Lecz nie jestem za tym, by rozpowszechniać wymyślone bzdury o tym, że w życiu liczy się tylko i wyłącznie wychowanie, kultura, wszelkie cechy zaszczepiane z zewnątrz – że wyłącznie wszelkie cechy wpajane dzieciom z zewnątrz będą determinowały ich kompleksowe człowieczeństwo.”

    Zdarzyło mi się zetknąć ze sporą grupką osób wychowanych w rodzinach niepełnych. Z różnych powodów – patologia, więzienie, rozwód, śmierć i podobne. Wszyscy ci ludzie bez wyjątku byli w jakiś sposób skrzywieni. Nie miejsce tu na szczegółowe omawianie przypadków, rzucę więc stwierdzenie a Ty spróbuj uwierzyć że nie jest gołosłowne czy wywołane jakimikolwiek uprzedzeniami: dzieciom do szczęśliwego rozwoju psychicznego niezbędne są wychowawcze wzorce obu płci, zachwianie tej równowagi może wieść (i z moich obserwacji wynika że w sporej liczbie przypadków prowadzi) do cierpień. Dziecko w rodzinie homoseksualnej jest niemal automatycznie pozbawione jednego z pierwiastków, przykładów do naśladowania – męskiego czy żeńskiego. Dlatego o ile jestem zwolennikiem uznania małżeństw niekoniecznie heteroseksualnych, o tyle od dzieci – wara.

    Mam wrażenie że rozumiem to rozpaczliwe pragnienie „bycia normalnym”, naśladowania otoczenia, pełnego równouprawnienia – ale na litość, mężczyzna uważający się za kobietę i paradujący po ulicy w kabaretkach i szpilkach nigdy się z tłumem kobiet nie zleje. Będzie w oczach przechodniów po prostu kolejnym dziwolągiem. Małżeństwo homoseksualistów wychowujące dziecko też nie będzie przypominało „zwykłej” rodziny. To po prostu rodzaj koszmarnej przebieranki, egoizmu w imię własnego dobrego samopoczucia.

    Nie udało mi się uniknąć skrótów myślowych, ale mam nadzieję że zrozumiałaś ogólny sens wywodu.

    Pozdrawiam

    • justynakarolak

      Hej,
      dziękuję ponownie za bardzo ciekawy komentarz 🙂 . Tak, sądzę, że mimo Twoich skrótów myślowych zrozumiałam sens wypowiedzi, ale nie odniosę się teraz do tego sensu – poczułam się zainspirowana przez Ciebie do napisania nowego artykułu, w jakim poruszę właśnie wątek adopcji dzieci przez homoseksualistów. Mam nadzieję, że ten nowy tekst będzie dla nas odpowiednim tłem do interesującej dyskusji, także zapraszam Ciebie do śledzenia Tostera – materiał wkrótce się pojawi.

      Pozdrawiam serdecznie 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *