Wszystko na sprzedaż: Azja Express, edycja 1

Długo wzbraniałam się przed napisaniem tego artykułu. Dyscyplinowałam się w myślach: porzuć ten temat, nie interesuj się nim – wokół mnóstwo ważnych zjawisk do rozkładania na czynniki pierwsze. Poza tym przecież lata temu wyrzekłam się wynalazku pod tytułem Telewizor. Chcąc wykazać się konsekwencją, powinnam czerpać rozkoszną satysfakcję z tego, że nie mam zielonego pojęcia, co się w telewizji uprawia oraz wyprawia. Lecz cóż z tego, że ja się wyrzekłam, skoro miliony Polaków – nie? A wśród tychże milionów – moi znajomi i przyjaciele. Toteż od czasu do czasu wpadając do nich na okolicznościowe telewizyjne imprezy typu Euro – po części przypadkiem, a po części ulegając społecznej presji, razu pewnego zderzyłam się z tzw. reality show pt. Azja Express. Szybko odnalazłam w Internecie oficjalną stronę TVN i zaczęłam Azję Express śledzić odcinek za odcinkiem, w rezultacie doznając swoistego szoku… Otrząsnąwszy się z niego, zasiadłam do pisania.

Pierwsze odczucie po obejrzeniu pierwszej edycji telewizyjnego programu pt. Azja Express: to ponury, obmierzły i wydrążony z treści spektakl ludzkich omyłek, który dzięki włożonym w produkcję milionom złotych, udało się przebrać za kolorową rozrywkę dla szerokiej widowni. Dlatego starałam się nie napisać tego artykułu: nie chciałam odnosić się do tworu bez treści. Twór ten jednak, a raczej: potwór, wzbudził i wciąż wzbudza wielką ciekawość i emocje masy widzów, więc gen społecznika niebezpiecznie drgnął we mnie, wrzeszcząc: Azja Express to temat z zakresu problematyki społecznej – nie wolno ci go zignorować!

Zatem obejrzałam wszystkie odcinki pierwszej edycji, a oglądając – cierpiałam, raz po raz utykając w dziwnym stuporze, odrętwiała z zawstydzenia. Początkowo nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie potrafiłam pojąć, kto i dlaczego wpadł na ten pomysł z piekła rodem, by zaprosić celebrytów do jakże wstrętnej gry polegającej na zabawie w biedaka. Bo tym w istocie jest reality show pt. Azja Express: zabawą – za miliony złotych – w biedę, w materialne ubóstwo…

Pod pozorem rywalizacji sportowej trwającej miesiąc, celebryci odcięci od pieniędzy, kosztownych ubrań i innych dobrodziejstw cywilizacji – przemierzają ubogie rejony Azji, zdani wyłącznie na własną przebiegłość i dobroć spotkanych po drodze, ubogich ludzi. Muszą prosić tych ludzi o miskę ryżu, o podwiezienie, o nocleg. Zjedzą skromną kolację czy wykąpią się tylko wtedy, gdy biedni ludzie – za darmo – dadzą im jedzenie i wodę. A przynajmniej taki obraz panujących w Azji warunków – sprzedają nam, naiwnym konsumentom, producenci programu.

Celebryci o wszelką pomoc proszą bez choćby nuty wstydu, bowiem żebranie stanowi główny środek do celu wyścigu, a ponieważ zamożni celebryci na co dzień nie muszą żebrać o kromkę chleba, w tym wypadku żebranie uznają po prostu za element zaprojektowanej dla nich gry, czyli za „zachowanie sportowe”, wliczone i ściśle wpisane w konwencję przedsięwzięcia.

W trakcie całej edycji tylko jeden uczestnik, Leszek Stanek, częściowo zrozumiał, co się wokół niego naprawdę dzieje i w czym de facto bierze udział. Otóż rozpłakał się, gdy pewnego wieczora trafił na nocleg do prywatnego domu bardzo biednych ludzi, którzy dodatkowo zaprosili go na kolację – i podali na stół wszystko, co do jedzenia mieli, i przeprosili celebrytę, że mieli tak mało, jako że balansowali na granicy nędzy. Mężczyzna był tak wzruszony ich dobrocią, skromnością i gościnnością, że popadł w szloch – szkoda, że w swym zrozumieniu sytuacji nie potrafił pójść o krok dalej, że nie spakował plecaka i nie porzucił programu. Niemniej szczery, jak sądzę, rozdygotany płacz tego mężczyzny należy odnotować jako wprawdzie punktowy, lecz jednak przejaw sumienia. Pozostali celebryci, powtórzę: bez cienia skrępowania, żebrali w najlepsze, korzystali z ludzkiej dobroczynności bez zażenowania, zwracając się do napotkanych ludzi przedmiotowo, jak gdyby nie byli oni realnymi ludźmi na co dzień mierzącymi się z dojmującymi problemami, lecz podstawionymi rekwizytami, które trzeba z fantazją i umiejętnie wykorzystywać, by w jak najkrótszym czasie dobiec do mety.

Paraliżująco przerażające jest to, jak wielu spośród tych celebrytów deklarowało wprost do kamery, że empatia to ich drugie imię; że zawsze troszczą się bardziej o drugiego człowieka, niż o siebie samego. Żaden z uczestników tego fatalnie próżniaczego widowiska nie zorientował się, że już sama zgoda na udział w programie potwierdza coś wręcz doskonale przeciwnego: bezduszność, amoralność, brak zdolności do współodczuwania. A jeśli nie sama zgoda, to najdalej po pierwszym odcinku – powinno się ocknąć, podziękować, chwycić torbę i wrócić do Warszawy, bodaj na własny koszt.

Azja Express to najokrutniejszy, najbardziej perfidny symulator życia, jaki przyszło mi ujrzeć. Zarzuty o płytkość, o okrojenie intelektualne, które można wystosować wobec celebrytów, zaliczają się do tych najdelikatniejszych. I gdybym tylko na tych zarzutach miała oprzeć całą krytykę, nie napisałabym tego artykułu – machnęłabym ręką. Niestety, zarzuty o brak kręgosłupa moralnego są dużo poważniejsze, dlatego nie wypada ich przemilczeć. Jeśli zjawisko medialne w wysokim stopniu wyprane jest z moralności, staje się szkodliwe społecznie – i tego rodzaju zjawiska należy dotkliwie komentować, a nawet piętnować publicystycznie, bez litości.

Twórcy programu zadbali, by zdezorientowanych, nic nierozumiejących celebrytów – zdezorientować, i wskutek tego upodlić w interpretacji widza, jeszcze silniej. Wymyślono dla uczestników szereg niespodzianek i mniej lub więcej podstępnych zadań do wykonania po drodze. Jednym z nich było wyłowienie ryb, umieszczonych pod wodą w rybackich siatkach, następnie dostarczenie ich na targ. Iza Miko podczas tego zadania dała mistrzowski pokaz „szekspirowskiego” dramatyzmu, kiedy bowiem jej sportowy partner wyjął ryby z wody, ta popadła w histerię, wręcz amok wymieszany z neurotycznym rozszlochaniem, że ryby się duszą. Jej kompan uwolnił więc ryby – wypuścił je z powrotem do wody – czym urósł w oczach Miko do rozmiaru heroicznego rycerza. Zatem czułostkowość w stosunku do ryb – tak, to celebryta potrafi, ale współczucie wobec człowieka, który dzieli się wszystkim, co posiada, choć posiada niewiele więcej niż nic – nie, tego celebryta nie potrafi.

Rozchwianie emocjonalne, które ujawniła Miko w scenie rybiej, to zatrważająco infantylna wydmuszka, zachowanie będące prymitywnie tkliwym zastąpieniem wrażliwości. I mimo że wierzę Miko jako wegance, iż autentycznie nie była w stanie znieść widoku duszących się ryb, iż nie była w stanie wziąć w tym zadaniu udziału – wykonać go, to jednak nie mogę zignorować faktu, że Miko bawiła się w Azję Express w dalszym ciągu. Powinna była zawrócić z tej ścieżki – po emocjonalnym zszkokowaniu, którego doznała na łódce, powinna była się zorientować, że ten program to przebojowa zasadzka na ludzką duszę. Gdzież tam – błyskawicznie wzięła się w garść i bawiła, nieświadomie grając w symulację życia, dalej. Na marginesie dodam, że w innym odcinku uczestnicy za zadanie mieli albo przenieść w rękach żywą tarantulę z punktu A do B, gdzie była ona gotowana czy smażona, albo zjeść usmażoną tarantulę w całości. Miko nie odczuła żadnego oporu przed zaniesieniem zwierzęcia do garnka z gotującym się olejem – widocznie jakiś tam włochaty pająk w koncepcji eko-weganizmu Miko mniej zasługuje na życie od ryby.

Inne zadanie polegało na… zrobieniu sobie tatuażu. Celebryci otrzymali wybór: mogli nie pozwolić się wytatuować, ale wówczas ta część wyścigu byłaby trudniejsza; korzyść płynąca z zadania byłaby mniejsza. Celebryci więc jak jeden mąż – albo zrobili sobie tatuaże, albo nie powstrzymali swoich partnerów sportowych, którzy zgodzili się siebie wytatuować. Znaki wyryte na ich skórach pozostaną z nimi do śmierci, przypominając o nieetycznym, niegodnym człowieka uczciwego widowisku, w którym dobrowolnie wzięli udział. Nikt z nich się nie opamiętał – nikt się nie cofnął. Wszyscy byli gotowi uczynić wszystko, by tylko wygrać wyścig. Adrenalina wzbudzona przez tę przygodę ich życia pompowała ich nieustannie, jak świeża krew wygłodniałego wampira.

Na nic zdadzą się celebryckie tłumaczenia, że to tylko program rozrywkowy, że to tylko widowisko medialne, że jako widzowie uświadczyliśmy tylko sprawnie zmontowanych krótkich materiałów, wyciętych z wielu godzin trudnej wędrówki. To wszystko pozostaje kompletnie nieważne – esencją jest bowiem co innego: każdy z tych celebrytów miał ochotę na piękną przygodę, ciekawą podróż, a w najlepszym razie, choć i to poczytać trzeba za koszmarne nieporozumienie, lekcję życia. Dla przykładu Renata Kaczoruk w wywiadach mówiła bez ogródek, że zdecydowała się wziąć udział w Azji Express, ponieważ chciała się sprawdzić w niecodziennych, maksymalnie utrudnionych warunkach – chciała znaleźć się w obcym sobie świecie i zobaczyć oraz doświadczyć, jak egzystuje się w tym świecie, gdzie niczego nie da się załatwić pieniędzmi, gdzie nie ma żadnych wygód czy łatwych, bezpiecznych rozwiązań. Mówiła, że podeszła do Azji Express nie wyłącznie jako do przygody, lecz jako do fascynującego wyzwania, które w rezultacie potraktowała z pełnym oddaniem i zaangażowaniem, mierząc się z nim w sposób świadomie strategiczny. Lecz czyż prawda nie jest taka, że każdy celebryta zrobiłby wszystko, byle tylko znowu mieć swoje pięć minut na ekranie?…

Mimo wszystko, ja intencję Kaczoruk rozumiem. To cudownie, że młoda piękna kobieta, która zrobiła karierę jako modelka, brała udział w światowych pokazach mody, która posiada środki na życie, pieniądze, pragnie wyzbyć się ich na chwilę, by zaobserwować świat z prostolinijnej, minimalistycznej strony. Natomiast właściwe pytanie brzmi: czy w szczerym obserwowaniu ludzkiej biedy – jest miejsce na strategię, na sportowy wyścig, na natarczywą, napastliwą rywalizację i zabieganie o podziw dla własnej próżności? Odpowiedź jest prosta: nie ma.

Dlatego na nic zda się tłumaczenie, że ową konwencję sportowego wyścigu – wymyślili twórcy programu. Nikt tych celebrytów do niczego nie zmusił – sami poszli jak bezwolne cielęta, z tymże nie na rzeź, a prosto na wspaniałą, jakże oryginalną imprezę. Człowiek rzeczywiście wrażliwy, myślący – powinien się zorientować, co jest grane. Powinien nie chcieć podporządkować się pod zasady brzydkiego schematu. Obojętne, czy od razu, czy po chwili. Zwyczajnie: powinien się zorientować. Powinien odejść, odłączyć się, wzgardzić możliwością udziału w tej moralnej mieliźnie.

Mass media, jednakowoż do internautów, sporo uwagi poświęciły właśnie Kaczoruk – mówi się wręcz o medialnym linczu oraz internetowym hejcie, które lawiną spłynęły na tę celebrytkę. Moja diagnoza zachowania Kaczoruk w obrębie Azji Express jest inna: ta pani nie uczyniła niczego przekraczającego granice dobrego smaku i fundamentalnej etyki – w stopniu przewyższającym poczynania pozostałych uczestników.

Małgorzata Rozenek – klęła jak szewc, wieńcząc swoją wizję świata i życia czubkiem własnego nosa. Partnerka sportowa Kaczoruk asekurancko zamknęła się w sobie i z entuzjazmem oraz tajoną wdzięcznością oddawała się pod prowadzenie silniejszej psychicznie i bardziej zaradnej Kaczoruk tylko po to, by w wypadku jej najdrobniejszego potknięcia – ostentacyjnie okazać swój żal czy rozczarowanie i obarczyć ją całością poczucia winy za wspólne niepowodzenie. Łukasz Jemioł co trzy kroki akcentował swe podskórne umiłowanie piękna oraz estetyzacji życia, za jaką wyraźnie tęsknił. Jego sportowa partnerka, Hanna Lis, starająca się za pośrednictwem tegoż show złagodzić, zmiękczyć swój wizerunek żony kontrowersyjnego dziennikarza, Tomasza Lisa, mimo pewnej skrzętności w pilnowaniu się w ujawnianiu swej twarzy, do końca nie umiała na potrzeby kamery wyzbyć się sporej dawki tkwiącej w niej bezkompromisowości i nieustępliwości…

Poza panem, który zapłakał jak dziecko, kiedy zaledwie na sekund pięć uświadomił sobie, że wkoło niego funkcjonują doprawdy ubodzy ludzie, wszyscy bezspornie ujawnili swoje bezwzględne odklejenie od rzeczywistości, wyrachowanie lub w najlepszym razie – czysty ekstrakt głupoty. I choć moją intencją ani celem nie jest szydzenie z cudzych zasobów intelektualnych, bo każdy dysponuje jedynie tym rozumem, który otrzymał w genach i od losu, to jednak opisywana zabawa w biedę razi szujowatą karykaturalnością z kilometra, a mówiąc kolokwialnie, wkręcenie się wszystkich, powtarzam: wszystkich, uczestników w wyścig szczurów przemycony pod słodkim, kuszącym płaszczykiem oryginalnej, ekstremalnej wyprawy na koniec świata – dowodzi wewnętrznej pustki bohaterów, czyli polskich celebrytów, czyli dobrowolnych uczestników tegoż medialnego niechlubnego incydentu.

Niemniej moim celem nie jest, wbrew pozorom, pastwienie się nad polskimi celebrytami, ani nad mitycznym potworem straszniejszym od Minotaura, jakim jest telewizja, ani nawet nad manipulującą emocjami stacją specjalizującą się w pogardzie do człowieka, jaką jest TVN.

Nikogo nie oceniam w ramach jego osobistych intencji. Nie chcę oceniać również intencji producentów, reżyserów czy montażystów Azji Express, jak i motywów stacji TVN. Za to oceniam kwintesencję Azji Express jako gotowego i oddanego w ręce widza widowiska. Oceniam kształt, wymiar programu typu reality show, w ramach którego celebryci polscy pozwolili potraktować się jak prostackie kawałki puzzli. Oceniam to, że pod szyldem wesołej, atrakcyjnej rozrywki – zaserwowano polskiemu widzowi drańską pseudorozrywkę, zagrażającą jego poczuciu dobrego smaku, a nawet moralności, bowiem w mydlinach medialnych rojeń nietrudno o wewnętrzne zagubienie, o roztrwonienie prawdziwie ważnych w życiu wartości…

Tymczasem z góry odpowiem na inwektywy, które wpłyną na moją skrzynkę mejlową natychmiast po publikacji tego artykułu.

Otóż nie chcę żadnego z celebrytów, którzy wzięli dobrowolny udział w Azji Express – ani poniżać, ani dyscyplinować, ani tym bardziej nie chcę ich szykanować. Kilkoro z nich, to pewnie nawet mili ludzie – na ile można miarodajnie wyprowadzić taki wniosek na podstawie wyreżyserowanego show, które jedynie dla nęcenia widza wyposażone jest w przedrostek: reality. Dość wspomnieć Agnieszkę Włodarczyk, która nie kryła tego, że wiele udało jej się osiągnąć, czy przez wiele udało jej się w programie przebrnąć  – z powodu łutu szczęścia. Ona traktowała ten program bez nadmiernego ciśnienia, bez roszczeń; nie pławiła się w scenerii, w której przyszło jej za pośrednictwem programu się „zanurzyć”.

Wydźwięk mojego artykułu – ten wydźwięk, który świadomie, w pełni intencjonalnie projektuję, pisząc ten tekst, jest inny, dwojaki…

Po pierwsze, szanowni celebryci, wyciągnijcie dosadne, przede wszystkim autokrytyczne wnioski z tej podróży, jaką był dla was show pt. Azja Express. I nie opowiadajcie więcej w wywiadach owych niecnych bzdur o tym, jak piękna i „ekstremalna” była to dla Was przygoda, wspaniała podróż czy lekcja życia. Zapomnijcie o tym, że tam byliście – zapomnijcie o tym dla pożytku publicznego, i dla wartości swej własnej duszy. Odcedźcie się od tego makabrycznego „sportu”, od tego pojedynczego „slajdu”, w jaki przemieniła Was „czarna magia” telewizji. Odetnijcie się od samych siebie z czasów uczestnictwa w tej medialnej popłuczynie – odbijcie się od tego dna, rozwińcie się, bądźcie społecznie użytecznymi, prawdziwymi ludźmi. Niekoniecznie dobroczyńcami, ale po prostu empatycznymi ludźmi, którzy potrafią czuć wstyd za popełnione błędy.

Drodzy widzowie! Apel do was jest ważniejszy. Dlatego, że to wy musicie samodzielnie pilnować wartości takich jak humanizm, to wy musicie umieć przytomnie i jasno deklarować, co uchodzi za dobre, a co jest parszywie złe – to bowiem wy jesteście siłą, a nie grube pieniądze stacji telewizyjnych. Telewizje będą produkowały to, co będziecie chcieli oglądać – nikt nie wyłożyłby po raz drugi czy trzeci milionów złotych na projekt, w którym nie tkwiłby potencjał oglądalności. To zatem wy, oglądając niegodziwe programy typu Azja Express, zasilacie niemoralność telewizji oraz zachęcacie próżnych celebrytów do rozwijania w sobie poczucia wyjątkowości, które zupełnie im nie przystoi i w najmniejszym stopniu się im nie należy. Odwróćcie się od tego rodzaju programów plecami, głośno je krytykujcie, a świat stanie się lepszym, sprawiedliwszym, normalniejszym miejscem.

A teraz czas na mnie – na ocenę moralną moich poczynań, jako autora tego artykułu. Zamiast o głodzie i wojnie na świecie piszę o tępej rozrywce – jak to o mnie świadczy? Ano tak, że sama nie powstrzymam tego pędu próżniactwa, blichtru i substytutów kultury, jakie szerzą się i kwitną w polskim celebryctwie i w telewizji. Właśnie dlatego napisałam ten artykuł. Żeby wylać na mass media, na celebrytów, jak również na nas – widzów – ceber lodowatej, cucącej wody. To prawda, że siedząc wygodnie w fotelu, bardzo łatwo sobie pobłażać i łechtać się swoją wysoką moralnością. Jednak ostro krytyczna ocena moralna Azji Express jako idei i jako gotowego produktu – jest ważniejsza od rozliczania mnie jako autora tego tekstu z mojej osobistej moralności. Zastanówcie się, drodzy czytelnicy, ujrzyjcie w swoich głowach ten obrzydliwy obrazek:

Grupa celebrytów jedzie do pięknie egzotycznej Azji, ścigając się w wymyślonym wyścigu na tle ubogich miasteczek. Pamiętajmy, że za każdą dzielnie truchtającą celebrytką biegnie co najmniej dwóch ochroniarzy i przepastna telewizyjna ekipa, którzy chronią ją od płaczu z bezsilności i od zgładzenia. A jak takie wakacje wyglądają normalnie – otóż za to zapłaciła najwyższą cenę niejaka Magdalena Żuk. Pamiętajmy, że przez ekran telewizora nie rozchodzi się ani swąd palonego mięsa, ani smród kupy. Azja Express to show pod hasłem przewodnim: jak sprzedać biedę. A jakie będzie następne głośne, modne telewizyjne show? Jak sprzedać kloszardów? Może w kolejnym „awangardowym” i „kulturalnym” programie „reality” – tabun polskich celebrytów przebierze się w brudne, cuchnące, pełne wszy ubraniowych stroje i pomieszka przez miesiąc pod „obiektywnym” okiem kamery w schronisku dla bezdomnych? Proponuję, aby impreza telewizyjna pod tytułem Bezdomny Express toczyła się na tle rosyjskiej zimy i trzaskającego mrozu – byłoby na pewno znacznie prawdziwiej niż w ślicznie słonecznej Azji… A może Szpitalny Express? Celebryci przez cztery tygodnie mogliby obsługiwać recepcję izby przyjęć w ojczystym szpitalu w małej, zapomnianej przez Pana Boga mieścinie, a także wymieniać pacjentom baseny oraz zmywać wymiociny i krew z posadzek.

Więc już wiem, niestety, co się w telewizji uprawia oraz wyprawia. Jak dalece obleśny i haniebny jest świat po drugiej stronie migającego ekranu. Jak płytkie i nikczemne są celebryckie zabawy za grube miliony złotych. Jak bardzo nieważny jest w tym świecie prawdziwy człowiek.

Dowiedziałam się, co to znaczy w samym centrum czterech liter trzymać miano „człowieczeństwo”. Zobaczyłam nowe, obsceniczne wymiary bełkotu poprawności politycznej – w tym eko-bełkotu, w obrębie którego czułostkowość do ryby czy świni uchodzić ma za wymiar wysokiej empatii i współczucia. Pozostał mi absmak, duchowe zdruzgotanie i ciężki smutek wskutek zobaczonych ruchomych obrazków, które długo, oj – długo, ze mnie nie opadną.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

4 komentarze

  1. I proszę, dopiero czytając ten tekst dowiedziałam się, że coś takiego było, jest jeszcze? Naprawdę nikt mi o tym nie powiedział.
    Nie podoba mi się, ale mnie żadne reality show się nie podobało.
    Jednak ludzie chyba lubią taką rozrywkę, bo inaczej chyba by tego nie było. Smutne niestety.

    • Ja też dowiedziałam się o tym przez przypadek, ale potem zauważyłam, że show jest bardzo popularne – trąbiło się o nim mnóstwo w mediach i poza mediami. Chyba ma być czy jest (nie wiem do końca) druga edycja, więc postanowiłam zareagować – może uda się powstrzymać chociaż produkcję trzeciej edycji… Wnioski jednak nasuwają się bardzo smutne, bo to ogromnie popularny program, nakręcony w bodaj 20 krajach – no i przyszedł czas na Polskę: nie oparliśmy się temu blichtrowi.

  2. Bravo. Zaorane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *