Wycieczka po ludzkiej tragedii – z przewodniczką Wergilią

Wycieczka po ludzkiej tragedii – z przewodniczką Wergilią 1

Pozwólcie proszę, że najpierw Was oprowadzę.

Wprawdzie nie ma tu windy, ale się nie obawiajcie – wszystkie sale znajdują się na jednym poziomie, nie ma pięter wyższych i niższych. Prawdę mówiąc, w ogóle nie istnieją żadne piętra. Całą klinikę wybudowano w podziemiu specjalnie dla Waszej wygody – nie rozproszy Was dzienne światło, przejdziemy się przyjemnie mrocznym korytarzem, jak sznurek pokornych owiec. Podążajcie przeto za owcą bezpośrednio Was poprzedzającą, abyście nie zgubili swojego miejsca w stadzie, a wówczas najmniejsza krzywda Wam się nie stanie.

Klinika jest może nieco spartiańska w urodzie, ale zapewniam, że dysponuje wszystkim, co niezbędne. Każdy z Was może zatrzymać się w niej, na ile zechce, na godzinę, tydzień, dwadzieścia lat, sto dwadzieścia… Nie mnie oceniać, komu ile czasu potrzeba, zresztą to nieistotne. Najważniejsze są możliwości, jakie oferuje Wam klinika. Możecie zostać tu w celu pobrania odpowiednich rehabilitacji, możecie zostać tu dla zwykłego relaksu, żeby po prostu odpocząć – pobyć w odosobnieniu, w ciszy i ciemności spokojnie zastanowić się nad sobą i swoją wątpliwą przyszłością; możecie, co tylko chcecie. Prawdę mówiąc, nie istnieje tu żaden czas, więc nie musicie się spieszyć z decyzją co do tego, ile czasu zechcecie w klinice spędzić. Możecie stąd odejść w każdej chwili, ale ostrzegam, że na górze jest dużo ostrego słońca, a w takim słońcu wszystkie problemy znów staną się doskonale widzialne i konfrontacja z nimi będzie nieunikniona. Za to tutaj, głęboko w dole, jest bardzo przyjemnie, ponuro, i donikąd nie trzeba się spieszyć. Pozwólcie, że najpierw Was oprowadzę.

W pierwszej sali leżą pacjenci objęci programem ochrony narzekania. Ich schorzenie nie podlega żadnej rehabilitacji i nie ma nań żadnego lekarstwa. Dlatego w ramach działalności kliniki postanowiliśmy zacząć je chronić. Tak, jak chroni się małe dziecko. Toteż narzekacze z pierwszej sali polegują bezpiecznie niczym niczego nieświadome oseski, pławiąc się w samotności i odcięciu od tłumów, a nawet od społeczeństwa. Tak oto ze spokojem mogą napawać się rozmyślaniem o własnym podłym losie. Narzekacze są do tego przyzwyczajeni: do leżenia i narzekania. Tylko na górze stale im ktoś przeszkadzał, nie mogli zaznać spokoju. Dopiero w naszej klinice nareszcie mogą być sobą i na swój odwrócony, nadzwyczajny sposób, dopiero tutaj czują się spełnieni i ukontentowani swym podłym losem.

pokoj

Jeżeli chcielibyście usłyszeć kilka zdań o genezie choroby, jaką jest chroniczne i nieuleczalne narzekanie, to powiem, iż przeważająca część narzekaczy narzeka z wprawą i werwą od tak dawna, iż wydaje im się, że tacy się urodzili i wcale nie pamiętają, że swoje narzekanie nabyli w drodze prozaicznej tułaczki. Nie jest jednak tak, by narzekali bez żadnego powodu. Wręcz przeciwnie. Ci ludzie mają mnóstwo bardzo sensowych powodów do swojego utyskiwania i demonstrowania światu najwięcej dojmującego cierpienia, jakie tylko moglibyście sobie wyobrazić. Narzekają, bo beznadziejna państwowa służba zdrowia, bo politycy nie liczą się z potrzebami ludzi, bo politycy liczą się wyłącznie z plugawą wojenką podjazdową o zagarnięcie głównego koryta, bo szkolnictwo mamy do niczego, bo młodzież mamy do niczego, bo starców mamy do niczego, bo ceny i podatki skaczą w górę, bo od lat nie dostali podwyżki, bo nie ma fajnej pracy, bo znaleźli głupią pracę za marne grosze i „na czarno”, bo zwolniono ich z fajnej pracy, bo sami zwolnili się z pracy za grosze… Tutaj, w klinice, początkowo próbowaliśmy im pomóc. Ale szybko się okazało, że nasze działania terapeutyczne nie niosą żadnych rezultatów. Narzekacze muszą narzekać, nie mogą przestać. Na górze czuli się ignorowani, nikt nie traktował ich poważnie. Na dole zaproponowaliśmy im terapię. Powiedzieliśmy: możemy wspólnym wysiłkiem spróbować zmienić to, co złe, i możemy wtedy żyć lepiej, bardziej godnie. Nie uwierzyli. Zaczęli narzekać, że wywieramy na nich nacisk, więc przestaliśmy. Powiedzieliśmy im: zgoda, narzekajcie w nieskończoność. Nie odpowiedzieli, lecz bez przerwy narzekali pod nosem, że nigdy nic zmienić się nie może, że musi być źle lub jeszcze gorzej, bo już taki ich podły los.

W sali numer dwa hospitalizujemy straszaków. Ludzi odpornych na wszelkie zmiany – ze strachu. Ci ludzie boją się wszystkiego. Kiedy nie mają pracy, lękają się, że umrą z głodu. Kiedy ktoś ich zatrudni, są zżerani przez strach, że sobie nie poradzą pod względem intelektualnym na przykład. Albo dlatego, że nie dość ładni. W skrytości duszy i umysłu knują, odwieczny i niewcielony, ogromnie krwawy plan zemsty na bez wyjątku każdym. Bez przerwy obmyślają podcięcie szefowi gardła, że już jutro wreszcie się postawią i powiedzą do słuchu złośliwej sąsiadce, która źle im życzy od ponad dekady, o czym wiedzą wszyscy wokół – prócz samej sąsiadki. W ich głowach codziennie kiełkują dziesiątki i setki pomysłów o porzuceniu swych przewlekłych przerażeń, którego to porzucenia pragną dokonać wskutek zadania bólu każdemu: szwagrowi, najlepszemu kumplowi, siostrze, pani z „warzywniaka” na rogu. Raz w zakupionej śliwce trafił im się robak – z pewnością owa pani specjalnie, intencjonalnie otruć ich chciała. Oby noga jej się powinęła, oby zginęła w męczarniach, zesmażywszy się w piekle do ostatka…

W ramach rehabilitacji raz na jakiś czas (trudno określić jakiekolwiek interwały czasowe w miejscu, gdzie nie ma czasu) wpuszczamy straszaków do sali z narzekaczami. Narzekaczom ich obecność i tak obojętna, a straszacy raptem kulą się w kątach pod ciężarem prywatnych lęków i nawet muchy niezdolni tknąć z niecnym zamiarem. Takie kulenie wywiera na nich wpływ rehabilitacyjny. Dzięki niemu straszakom nie wybuchają głowy od tego ciągłego obmyślania wrogich uczynków i nieustającego złorzeczenia. Potem wracają do swojej sali – cali odświeżeni, pozytywnie naładowani nowym lękiem, z głowami znów gotowymi do zradzania myśli najsroższych, najbardziej krwistych.

A w sali trzeciej – trzymamy w naszej klinice żółte słonie w kratkę. Słonie są bardzo łagodne, choć pamiętliwe. Trzymamy je dla własnej terapii. Kiedy już zmęczymy się opieką nad pacjentami ze wszystkich sal, kiedy ręce całkiem nam opadną, wówczas idziemy posiedzieć wśród żółtych słoni w kratkę. Bo cóż lepszego mielibyśmy do roboty, kiedy wszelkie nasze działania są bezowocne? Kiedy ludzi nie sposób poddać przynoszącym efekty terapiom? Kiedy każdy, kto narzeka, pragnie narzekać w nieskończoność… Kiedy każdy, kto się boi, nie chce przyjąć pomocnej dłoni… To wtedy – cóż?

Dlatego właśnie siadamy tu, wśród naszych słoni, pijemy kawę, wspólnie ze słoniami rozwiązujemy krzyżówki, niekiedy sudoku. Czasami, choć z rzadka, odwiedzają nas flamingi. Łopoczą purpurowymi skrzydłami i radośnie opowiadają o lepszych czasach, o których śnią od czasu do czasu. Słonie uwielbiają te opowieści. Wzdychają, wzruszone, iż gdyby ziściły się kiedyś owe lepsze czasy, o których śnią flamingi, to wtedy słonie wyszłyby na powierzchnię i żyły w innym kolorze, nie musiałyby być ani żółte, ani w kratkę.

Niepokornie

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Super 🙂

    Podobało mi się – i dziwno ale nie straszno. 🙂

    • O, dziękuję drogi Zibikendo i bardzo, bardzo się cieszę :). Że dziwno, a nie straszno – dla mnie: bomba :). Dzięki :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *