Recenzja „Zakochani widzą słonie” – Dania, Islandia (2005) 

Zakochani widzą słonie 3

„Zakochani widzą słonie”, to czarno-biały komediodramat emanujący wyjątkowym wdziękiem i urokiem, ale także narastającą stopniowo, emocjonalną gęstością. Ta piękna i mądra produkcja duńsko-islandzka nieco przywodzi na myśl, równie piękną i mądrą, produkcję amerykańską pt.: „Frances Ha” z 2012 roku. Oba filmy zdają się czerpać – i pod względem zewnętrznej estetyki, i pod względem sposobu przedstawienia problemów – z kina francuskiego lat 60. Zwłaszcza „Frances Ha” generuje skojarzenia z atmosferą filmów, w jakich wystąpił Jean-Louis Trintignant. W „Zakochani widzą słonie” (oryginalny tytuł: „Voksne mennesker”) także unosi się cokolwiek z tej specyficznej atmosfery, choć zapewne to dość osobnicze skojarzenia, do których nie trzeba przykładać specjalnej wagi. Niewątpliwie każdy, komu przypadł do gustu nowszy film pt.: „Frances Ha”, powinien koniecznie sięgnąć po wcześniejszy „Zakochani widzą słonie”, do czego zachęcić go – ma za zadanie niniejsza recenzja.

Dagur Kári, scenarzysta i reżyser „Zakochani widzą słonie”, pochodzi z Islandii, choć urodził się w Paryżu. Ukończył Państwową Duńską Szkołę Filmową, ale jest również muzykiem; osobiście skomponował muzykę do swojego filmu pt.: „Nói Albinói”, który otworzył mu serca szerszej publiczności. Aktualnie kręci film zgodny z założeniami Dogmy – jeśli wieść to prawdziwa, nie pozostawia złudzeń, z jak inteligentnym i płodnym umysłem mamy do czynienia. Nawiasem mówiąc, jako miłośniczkę intrygującego i intelektualnego kina, cieszy mnie zainteresowanie Kári Dogmą, gdyż sztafeta pokoleń – to nieukniona składowa procesu życia, cudownie więc, że Lars von Trier będzie miał komu przekazać pałeczkę.

Mały porządny kubek lepszy od wielkiej, brzydkiej amfory

Zanim zabierzesz się za twórczą pracę, przemyśl precyzyjnie, jakiego efektu finalnego oczekujesz. Jeżeli założysz, że stworzysz wyrafinowaną, dużą, cudną amforę, to uważaj, byś nie popełnił przypadkiem śmiesznie skarlałego kubka. Ale jeżeli założysz, że chcesz stworzyć mały, porządny kubek, to masz ogromną szansę osiągnąć swój cel i wszyscy wokół złożą ci zasłużone gratulacje.

Innymi słowy, trudno w dziedzinie sztuki o porażkę dotkliwszą, niż przerost formy nad treścią – niż wygórowane, niewspółmierne do rzeczywistości ambicje twórcy. Takie ambicje zawsze narażają dzieło na kpinę ze strony odbiorców. Takie ambicje zawsze nokautują dzieło, sprowadzając je do formatu karykatury, która tym więcej godna pożałowania i bezlitosnego kąsania tłumów, im wznioślejsze wizje na jej temat snuł twórca.

Tymczasem – szczególnie współcześnie – zachwycają nas formy zharmonizowane, proste, nieprzestylizowane lub wręcz minimalistyczne. Ta tendencja obecna jest we wszelkich dziedzinach sztuki, nie tylko w filmie – aktualne czasy już nie są chłonne stylistyk wyraźnie zdobnych, raczej pociąga nas dekoracyjność zdecydowanie subtelniejsza, często powściągliwa, a nawet umowna. Przepastne Rokoko ustępuje miejsca zdyscyplinowanemu nurtowi Art Déco – a małe, porządne kubki zwyciężają wielkie, przerysowane amfory. W epoce błyskawicznej informacji, zgiełku metropolii i nadmiaru wszelakich bodźców, tęsknimy do ilustracji życia charakteryzujących się swoistym odfiltrowaniem, mającym na celu oczyścić je z zaprószenia informacyjnego. Tęsknimy do takich ilustracji, które nęcą oszczędnością barwową i figuratywną, i które osadzają człowieka w klimacie małomiasteczkowym. Bohaterowie ukazani na takim tle, w tak prostym wymiarze, bo jakoby na marginesach szumnego świata, stają się nie tylko lepiej uczytelnieni, stają się przede wszystkim nam bliźsi. Oto odpowiedź na pytanie, dlaczego mały, porządny kubek pozostaje tworem o ileż wnikliwiej przemyślanym, o ileż lepiej skonstruowanym od przesyconej amfory, która dziś – kontynuując tę metaforę – stanowi formę na wskroś przebrzmiałą, a więc najzupełniej bezużyteczny anachronizm.

„Zakochani widzą słonie”, to właśnie ów mały, porządny kubek. Emocje bohaterów i osobiste, mniejsze i większe, dramaty, jakich ci doświadczają, nie są niczym oryginalnym, nie składają się z wielu warstw i nie rażą ostentacyjnie i misternie wyklejoną mozaiką blasków i cieni. Z tymi emocjami wielu z nas może się bez przeszkód utożsamić, nawet jeśli poszczególne kadry sugerują po trosze zmyślne, krzywe zwierciadła. Ta graficzna, bo czarno-biała, opowieść filmowa nie jest wyrazem naturalizmu ani zwykłego rozumowania logicznego, i dlatego sprytnie mówi o prawdziwym, całkowicie realnym życiu. Ukryta w dialogach, i pomiędzy nimi, gęsta treść – sama w sobie oryginalna nie jest, ale już sposób przekazania tej treści: tak.

Daniel, to wzorcowy przykład młodocianego obiboka i abnegata życiowego. Całość filmu podzielono na rozdziały, a pierwszy z nich, noszący tytuł: Daniel kontra system, dowcipnie i zarazem otwarcie szkicuje szkielet osobowości głównego bohatera. Daniel wobec racjonalnego systemu, wobec społecznych i urzędniczych zasad, pozostaje całkowicie bezbronny. Egzystuje, unosząc się na powierzchni, czy mieliznie życia – zarabia raptem 40 koron rocznie, nie rozumie idei stałej pracy, ani tym bardziej idei podatków, niczego nie czyta i nie studiuje, bo nie interesuje się niczym trwałym. Żyje nieomal jak nowoczesny „Nomad”, gdyż nie pojmuje stanu osiadłości i nie wie, co to znaczy mieć korzenie. Surrealnie znikome profity finansowe czerpie z malowania graffiti: zakochani mężczyźni, którzy chcą unaocznić swoim kobietom miłość do nich, płacą Danielowi za wymalowanie na miejskich murach imienia ukochanej. Pulchny, zabawny i jednocześnie wzruszający, kumpel o ksywie Dziadek, czasami zafunduje Danielowi pączka albo ciastko, sam Daniel twierdzi, że nie nadaje się na człowieka odpowiedzialnego, bo nie śledzi nawet gazet i nie wie, kto jest premierem. Z premedytacją nie poważa żadnych przyziemnych zasad – swoim starym Fiatem 500 jeździ środkiem ulicy, a zatrzymany przez policję, nie raczy zdjąć słuchawek z uszu, bo przecież akurat pochłania go wspaniała muzyka. Wszystkie te zachowania posiadają jednak urok, z którym nie można dyskutować, niosą ze sobą jakoby żart, rysują delikatną, życiową farsę. Przez Daniela nie przemawia ani złośliwość, ani skrajna bezrefleksyjność – jest on całkiem zwyczajnym, młodym człowiekiem, który w bardzo prawdziwy sposób odzwierciedla klasyczne zagubienie wieku wkraczającego w dorosłość i naturalne opieranie się oczywistym konsekwencjom dorosłości, która nieuchronnie nadciąga, ślepa i głucha na naiwny odpór „Piotrusia Pana”. I ta młoda, jakby bezpańska, dusza została opowiedziana z czarowną urodą i powabem, bo nawet rzeczony Fiat 500 jawi się niezwykle świadomym zabiegiem artystycznym – to wszak wdzięczny, charakterystyczny symbol pewnych czasów, pewnej beztroskości, pewnej radosnej marzycielskości.

Ten czarująco lekkomyślny i urokliwy spacer Daniela po powierzchni życia, jak nietrudno się domyślić, musi zostać zakłócony, bo przecież nie da się spacerować w ten sposób w nieskończoność. Zdaje się, iż dorosłość i niechybnie związana z nią odpowiedzialność – już depczą Danielowi po piętach… Po drodze Daniel stanie przed sądem, będzie świadkiem jednej niczym niezapowiedzianej, a jednak naturalnej śmierci i zmierzy się z chwilową bezdomnością. A co najważniejsze – spotka kobietę… która musi być legendarną drugą połową pomarańczy, bowiem przeurocza Franc zdaje się doskonałym żeńskim odbiciem lustrzanym danielowego „Piotrusia Pana”. Początek relacji tych dwojga zakrawa na rasową komedię omyłek, gdyż pracująca w piekarni Franc, pod wpływem grzybków halucynogennych – rozbrajająco powie „kocham cię” do najlepszego przyjaciela Daniela, czyli do Dziadka. Ale w dalszej części filmu komediowych akcentów zostanie nam dostarczonych znacznie mniej, górę wezmą najnormalniejsze, choć poetycko przedstawione dramaty wielu bohaterów, nie tylko Daniela. Między innymi przyjrzymy się pewnemu sędziemu, którego życie, tak rodzinne, jak zawodowe, zdawać by się mogło w pełni ułożone, przykładne, odpowiedzialne i bez zarzutu kompatybilne z powszechnie obowiązującymi normami społecznymi i moralnymi. Postać sędziego będzie miała dla nas dobitnie kluczowe znaczenie, będziemy musieli rozstrzygnąć samodzielnie, czy jest ona alter ego Daniela, czy jest postacią całkowicie od Daniela odrębną, pełniącą funkcję prostego kontrapunktu. Ta postać bezwarunkowo wzmocni naszą ciekawość zakończenia filmu, z niepokojem poczniemy wyczekiwać, jakie decyzje podejmie Daniel i dokąd wyewoluuje szczera miłość Daniela i Franc. Te decyzje, wybory będą tu najważniejsze, zaważą nie tylko na teraźniejszości, przede wszystkim wywrą nieodwracalny wpływ na przyszłe życie – to one nadzadzą nadciągającej dorosłości Daniela ten nieodwołalny kształt, z którym będzie szedł przez resztę życia, z którym będzie się zmagał, który będzie ugruntowany, nieodwracalny. Ale, co niezwykle cenne…

 Zakochani widzą słonie 4

… w tym filmie nie uświadczynie ani tonu moralizatorskiego, ani werterowskiego romantyzmu – pomimo iście baśniowego morału i poematu o miłości. Tej drugiej konwencji zaprzecza sama Franc, która przedstawia się Danielowi tymi słowami: „Tak naprawdę mam na imię Francesca, ale to brzmi zbyt romantycznie”.

Filmowa Franc, czyli oszałamiająca Tilly Scott Pedersen, zaszczyca nieskazitelną dziewczęcością połączoną z szelmowską zalotnością – wabikiem. To urokliwość aktorki wzmaga nasz apetyt na skonsumowanie całej historii opowiadanej w filmie krok po kroku, rozdział za rozdziałem, oraz apetyt na pojedynczą kolorową scenę w tym czarno-białym ruchomym obrazie, na którą doprawdy warto czekać.

Bodil Jorgensen, grająca matkę Franc, dała arcymistrzowski popis aktorstwa najwyższych lotów: swoją rolę dojrzałej kobiety zachowującej się niczym nastoletnia trzpiotka oparła na groteskowej, w nader pozytywnym rozumienia tego słowa, otulinie powodującej w widzu salwy śmiechu, którą to otuliną ogniskuje na sobie uwagę w stu procentach, istnieje na ekranie, a nie tylko przebywa na nim, mimo iż gra rolę trzecioplanową. Pod spodem tej otuliny, którą posłużyła się w swojej kreacji Jorgensen, drzemie prozaiczna, często spotykana w realnym życiu, tragedia dojrzałej kobiety, której brakuje mężczyzny, a która usilnie stara się zdobyć mężczyznę już powidokami tego, co jeszcze niedawno było jej najmocniejszymi atutatmi – ciałem, fizycznym pięknem, witalnością i seksualnością. Z tych atrybutów dziś ostały się jedynie powidoki, a tryskanie humorem i energią stanowią czczą iluzję, o czym dojrzała kobieta dobrze wie, choć maskuje swoją wiedzę niby beztroskością dziewczynki. Z matki Franc uśmiechamy się więc poniekąd przez łzy, bo w tym żarcie, w sytuacyjnym dowcipie, skrywa się naturalny strach bez mała każdej kobiety przed starością w samotności.

Zresztą wszyscy aktorzy nadali temu filmowi nieskazitelnie dobry sznyt – bohaterowie z wierzchu zabawni, prawie pastiszowi, tylko z pozoru osadzeni zostali w komediowym, lekkim dystansie do dramatycznego świata. Ten film jest poetycki i głęboki właśnie dlatego, że ubrano go w formułę lekką, plastyczną, miękką. Również dlatego, że bohaterowie wypowiadają dokładnie tyle słów, ile powinni, zaś reszty za każdym razem, w obliczu każdego wątku, dopowiada znakomicie wykrojony obraz. Jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów, dlatego też ci, którzy zakochują się uczciwie i czysto – widzą słonie, przechadzające się powolnym korowodem tuż za oknami. Bo słonie, to symbol więzi, pamięci, współistnienia i stada. A na gorączkę z miłości nie ma lekarstwa – pozostaje brnąć w tę „chorobę”, aż zawładnie nad naszym życiem, umożliwiając wewnętrzną ewolucję.

Co jest dobre, a co złe? Co jest czarne, a co białe? Co daje do zrozumienia jedna jedyna – kolorowa scena w tym filmie? Do jakiego punktu w życiu doprowadzi Daniela jego własna ewolucja, wynikająca z miłości do Franc? Czy ich fascynacja i uczucie ocaleją, czy dwoje marzycieli czeka rozłąka i porażka? Czy każde zderzenie z twardą skorupą ziemską musi boleć?…

Na te, między innymi, pytania potrzebujecie odpowiedzieć sobie sami. Dlatego, że każda wartościowa poezja, mimo swej wybitnej precyzji, otwiera drzwi do indywidualnej interpretacji. A najznakomitszą poezją jest życie – poezji się nie wymyśla, poezja istnieje, dzieje się, wystarczy ją połowić, choć takich połowów dokonywać mogą wyłącznie artyści. Do ich grona na pewno zalicza się Dagur Kári.

 

Justyna Karolak

Zakochani widzą słonie 6

Zakochani widzą słonie 7

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *