Żegnaj, Pani Zimo!

Ach, zima… Ostatnia pora roku. Ta, która tak wielu ciepłolubnym odbija się niemiłą czkawką. A przecież nie robią już takich zim, jak dawniej. Klimat się ociepla, współczesne dzieci niedługo będą znały jazdę na sankach tylko z filmów… no, chyba że wymyśli się jakiś wyjątkowo udany sztuczny śnieg do złudzenia przypominający ten prawdziwy.

Urodziłam się zimą i zawsze uwielbiałam zimę. Z dzieciństwa pamiętam takie czasy, że zamykało się szkołę z powodu za dużego mrozu – chyba ze dwa razy zaryglowano podstawówkę za mojej dziecięcej kadencji właśnie z przyczyny zbyt niskiej temperatury. Było wtedy za zimno na sanki. Siedziało się w ciepłym domu pod kocykiem, piło słodką herbatkę z cytrynką i czytało książki, popatrując od czasu do czasu na park za oknem.

Szyby w nocy umalował mróz, ale coś tam prześwitywało przez nie – dało się obserwować łyse drzewa pokryte grubą warstwą śniegu, parkowe alejki doszczętnie zabudowane śnieżną otuliną… to był przepiękny widok!

Śnieg był wówczas niesłychanie gruby i zmarznięty – na ulicach nie było żywej duszy, na parkowych dróżkach nie było wydeptanych śladów… Ba! Nie było widać żadnych dróg – wszystko zatonęło w białej masie skrzącej się „magicznie” w żółtych promieniach radosnego słońca.

Na drugi dzień, jak już mróz nieco zelżał, jak już świat przestał być tak mocno skuty lodem i nieprzystępnością, to się w te pędy z innymi dzieciakami do parku mknęło, na sanki ma się rozumieć. Ale śnieg był na tyle głęboki, że się abstrakcyjnie wpadało w niego po kolana, a w niektórych miejscach – po połowę uda! Sanie lądowały wówczas w tym śniegu pod jakim drzewem, i się wtedy robiło bitwę na śnieżne kule, i się tarmosiło i w ten śnieg wrzucało drugiego i trzeciego dzieciaka, i się samemu było wrzucanym, i śniegu za kołnierz, i a masz, a masz! Po godzinie czegoś takiego wracało się do chaty czerwonym na buzi, ponacieranym wszędzie tym śniegiem, z lodowatą wodą chlupiącą ekspresyjnie w kozakach, całym doszczętnie przemoczonym, rozgrzanym i zipiącym… a jak matki się na nas pruły za to wszystko! Rozbierały nas z tych kurtek i czap przemokniętych do suchej nitki, wrzeszcząc wniebogłosy, że się rozchorujemy, że nic nie dociera, co się do nas mówi i upomina, że co roku to samo! I na drugi dzień – znowu wolne! Gorączka, kocyk, łóżeczko, i przepiękny świat przez umalowaną mrozem szybę… Mając lat dziewięć przerobiłam chyba wszystkie Agathy Christie – byłam bardzo chorowita w tamtym czasie. Wkrótce wzięłam się za mamine harlekiny i do dziś mam na nie silną alergię…

Jeździło się na łyżwach po zamarzniętym stawie. Ale to przecież niebezpieczne! – powiecie. A gdzie tam! Jak staw skuło lodem na trzy metry w dół, skorupa lodowa na wierzchu nie pękała, choć słychać było co chwila srogie trzaski prężącego się lodu. Ale działo się to głęboko w dole i tylko brzmiało groźnie, bo pracujący lód jedynie torował sobie drogę, robił coś gdzieś pod spodem, a nie rozpadał się. Było zupełnie bezpiecznie.

Do tej pory – każdego roku, kiedy tylko spadnie pierwszy niewinny nibyśnieżek, kiedy powietrze zrobi się przy tym specyficznie rześkie, a słońce wyjrzy promiennie na miasto wokół, od razu sobie bez pudła przypominam: zapach szkła; szyby w oknie umalowanej mrozem. Tej samej, przez którą jako dziewczynka wyglądałam na świat, bo na zewnątrz było za zimno, żeby wyjść i przekonać się osobiście, czym jest świat.

Zima kojarzy mi się właśnie z tym: z zapachem oszroniałego szkła…

Odgłosów zimy nie pamiętam już tak dokładnie. Ale zapachy i smaki – a jakże! Gorąca herbata z cytryną i cukrem za każdym razem smakuje mi zimą. Niektórym smakuje mamą albo babcią (jakkolwiek niedorzecznie to brzmi!), a mnie zimą.

Czasami nachodzi mnie refleksja, że żeby nie potężne zimy mojego dzieciństwa, pewnie nie zostałabym pisarzem. To przez zimę ciągle chorowałam, to przez zimę ciągle czytałam, to przez czytanie zaczęłam pisać powieści i opowiadania…

Ale już nie robią zim takich, jak dawniej. Mimo to nadal niczym smarkulę cieszy mnie bodaj pojedynczy płatek śniegu, który zaraz rozpuszcza się na mokrym nosie mojego psa.

Cieszy mnie, że właśnie w grudniu obchodzę urodziny i rocznicę ślubu. Że właśnie w grudniu piekę ciastka korzenne. Że właśnie w grudniu ubieram w nie choinkę…

Ciekawe, że bibliści nie są zgodni co do daty narodzin Chrystusa – dostępnych mamy do wyboru kilka dat w roku, w jakich moglibyśmy obchodzić Boskie urodziny, ale akurat utarło się, że obchodzimy zimą… mnie to niesłychanie cieszy, że zimą!

Zima to mój czas! Ubóstwiam ją do tego stopnia, że napawa mnie poczuciem szczęśliwości nawet cały ów marketingowy probożonarodzeniowy blichtr sklepowych witryn, odpalany zaraz po Wszystkich Świętych i Zaduszkach. Serio! Mimo że nie jestem religijna (nie tylko że nie utożsamiam się do końca z religią chrześcijańską, to jeszcze nie potrafię określić, czy wierzę w Boga, czy nie wierzę), święta Bożego Narodzenia silnie tkwią w mojej strefie emocjonalnej – udało im się zapuścić we mnie korzenie. Im więcej brokatowego kiczu wokół, tym lepiej – tym piękniej!

Głęboko współczuję wszystkim, których drażni czy irytuje wszędobylski grudniowy przepych choinkowych bombek i lampek, porcelanowych aniołków i żywych aniołków spacerujących po hipermarketach i handlujących opłatkiem. Tak właśnie wygląda znaczna objętościowo część kultury, z której pochodzę, w której wyrosłam, i która wrosła we mnie – mam ją pod skórą. Bo to moja kultura jest – to są moje korzenie. I jestem dumna, skąd pochodzę. Polacy mieszkający na emigracji mówią, że jeśli dopada ich tęsknota za ojczyzną, to właśnie za tym najbardziej – za polskim Bożym Narodzeniem. Nie dziwię im się. W innych krajach europejskich świąt tych nie obchodzi się z analogicznym do naszego rozmachem – ten polski rozmach, ten brokat wzrusza mnie dobitnie rok w rok; wzrusza niezmordowanie, nawet jeśli pozostaje jakże kiczowaty, a nawet szczególnie dlatego, że kiczowaty.

Kocham nasz polski świąteczny kicz i mówię to ze śmiertelną powagą, bez krztyny ironii!

Żałuję tylko, że już nie robią zim takich, jak dawniej. Że klimat się ociepla i łza wzruszenia nie zamarza mi na policzku – że nie utrwala jej chłodne chuchnięcie Pani Zimy, której pocałunki w rzęsy tak świetnie pamiętam z dzieciństwa…

Trochę pęka mi serce, że powoli muszę się z Tobą pożegnać, droga Pani Zimo – prawie że autentycznie słyszę trzaski swojej tkanki sercowej, jak te srogie naprężenia lodu na dawnym parkowym stawie…

Pęka mi serce, że już nie robią takich zim, jak dawniej, ale pęka tylko trochę. Na szczęście zostałam pisarzem, więc mogę zaklinać i przywoływać zimę, kiedy zechcę.

Mogę opisywać ją w tysiącach odsłon, a przemijalność nie może odebrać mi zapachu i smaku mojego dzieciństwa.

Dziękuję Ci, Pani Zimo, że byłaś!

Za zapach pomalowanego mrozem szkła.

Za słodycz gorącej herbaty z cytryną.

Za wszystkie anginy i katary.

Za wszystkie książki… no, może prócz harlekinów.

Za książki, których czytanie wypełniło strukturę mojej osobowości.

Za książki, których pisanie przerastało moją małą osobowość, jednocześnie napawając nadzieją na mądrzejszą przyszłość.

Ta przyszłość niekoniecznie nadeszła, ale i tak jestem Ci wdzięczna!

Za ciepłe dłonie mamy, która rozplątywała mi mokry szal z szyi.

Za pełny zaufania uśmiech taty, który wypuszczał mnie na staw na łyżwy.

Za przeszłość.

Za to, że miałam szansę Cię spotkać. Że trzymałyśmy się za ręce – Ty, moja lodowa Pani, i ja, Twoja zimowa dziewczynka.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – pisarz i red. nacz. Literatury Tostera Pandory, twórca powieści, opowiadań, felietonów oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Na swoim blogu okołoliterackim Karolakowo w kategorii Pisanie publikuje artykuły dla pisarzy. Ich uzupełnieniem jest regularny podcast dla pisarzy dostępny na YT.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *