Bieda i Wstyd

Bieda i Wstyd

Antropolog Paul Hooper z Emory University, zbadał ostatnio dlaczego współcześni ludzie z krajów rozwiniętych nie chcą mieć dzieci.

W rezultacie stwierdził, że: w im większym stopniu konkurencja, w której uczestniczymy zmierza do awansu społecznego, zamiast do zwykłego utrzymania rodziny, tym więcej środków inwestujemy w dobra konsumpcyjne i liczebność naszych rodzin spada.

Co więcej: rejony świata, gdzie obserwujemy najsilniejszy spadek płodności, to obszary gdzie mamy do czynienia z nowoczesnym rynkiem pracy, silną konkurencją w zatrudnieniu i olbrzymią różnorodnością dóbr konsumpcyjnych, które mogą służyć jako sygnał wysokiego statusu społecznego. Fakt, że w tak wielu krajach mamy silne nierówności społeczne, które sprawiają, że starania o podniesienie swojego statusu są jeszcze ważniejsze, może być istotnym elementem tego mechanizmu.

To, co powiedział, czyli „różnorodność dóbr konsumpcyjnych” i te wyświechtane „nierówności społeczne” sprowadzają się do jednego uczucia: ludzie nie chcą mieć dzieci, bo ciągle czują wstyd.

Kiedy wyglądasz za okno, ciągle czujesz się gorszy. Wokół ludzie jeżdżą lepszymi samochodami. Grają w nowsze gry. Szukają miejsca na wczasy albo z nich wrócili. Ubierają się w markowych sklepach, przechadzają z wdziękiem po galeriach, jakby było ich stać na kupowanie w takich miejscach.

To tylko pozory. Ludzie uwielbiają pozory – upiększają rzeczywistość, przeglądając swoje aspiracje w reklamach znanych marek, tak naprawdę czując wstyd. Często korygują zdjęcia ze swojego życia, które wrzucają potem na Facebooka.

Kiedy stoisz w kolejce do kasy, rzeczywistość nie jest już taka różowa. Ludzie kupują niezmiennie kilka podstawowych rzeczy. Nie ma na ladach drogich produktów, jest tylko codzienne życie niewolników.

Bieda i Wstyd 1

Oprócz wstydu, głównym powodem niezdolności do posiadania dzieci – jest bieda. To nie jest wcale wysoka „konkurencja” w celu uzyskania „awansu społecznego”, tylko walka o przetrwanie. I pochłania ona dzisiaj cały zasób energii, którą kiedyś poświęcało się dzieciom.

Życie chłopa pańszczyźnianego było dużo lepsze od naszego. Życie i praca człowieka w XXI wieku jest warta dużo mniej niż chłopa z czasów napoleońskich, wynajmującego od pana prawo do uprawy i pracy na roli.

Chłop pańszczyźniany pracował na morgach ziemi, które wynajmował nie za pieniądze, ale w zamian za swoją pracę. Był to idealny układ, bo dzięki temu zawsze miał jakąś pracę i nikt nie mógł go oszukać, z wykorzystaniem wszelakich machlojek finansowych. Jedna morga to w przybliżeniu prawie hektar ziemi. Morga była miarą areału, jaki jeden człowiek mógł skosić bądź zaorać za pomocą konnego zaprzęgu w godzinach – od rana do południa. W praktyce było to od 0,33, dla nieużytków, do 1,07 hektara, dla najlepszej ziemi.

Obecnie, w XXI wieku praca wykwalifikowanego robotnika fizycznego jest wyceniana na poziomie średniej krajowej, czyli około 4.000 zł brutto, w rezultacie będzie to 2.850 zł na rękę. Chłop musiał pracować na wynajem 16 morg ziemi – około 15 hektarów – 104 dni i była to praca niewykwalifikowana. Pańszczyzna dotyczyła tylko jednej osoby w gospodarstwie, mogła więc ona być rozłożona na wszystkich członków rodziny. W przeliczeniu na współczesne czasy, ówczesny koszt wynajmu oscyluje więc w granicach 9.665 zł. Obecny koszt wynajmu ziemi rolnej waha się w granicach od 500 do 1.300 zł za hektar – średnia dla Polski to 850 zł, czyli jest to koszt 32% wyższy. Wynajem 15 hektarów dzisiaj kosztowałby chłopa 12.750 zł.

Dzisiejsze pensje wykwalifikowanych pracowników są więc jedną czwartą gorsze, bo stanowią 75,8% wynagrodzenia chłopa pańszczyźnianego pracującego na będących pod zaborami ziemiach polskich w XIX wieku. Ze względu na to, że mediana wynagrodzeń w Polsce jest dużo mniejsza niż średnia krajowa, tak naprawdę przeciętne życie Polaka w XXI jest dużo gorsze, bo stanowi tylko 62%, poziomu najniższej klasy społecznej sprzed dwóch wieków.

Chłop pracował na swojej ziemi przez około 70 dni – tyle pracy wystarczało mu, aby utrzymać się przez cały rok, gdy w trakcie dnia pracowało się nieco dłużej, bo po 10 godzin. Resztę czasu miał wolne. Dzisiaj dni roboczych w roku jest około 250 – dokładnie 248 po odliczeniu wszystkich świąt. Pracując na etat ma się dodatkowe 26 dni wolnych, co daje 222 dni pracujące. Dużo więcej niż 174, czyli tyle, ile musiał pracować chłop. Dokładnie o 28% więcej. Czyli chłop pracował tylko 78% obecnego czasu pracy przeciętnego człowieka.

Żeby mieć dochody na poziomie chłopa pańszczyźnianego z biedniejszych rejonów Polski, ze wsi spod Lwowa, z 1811 roku, musielibyśmy dostawać na rękę 3.750 zł (pensja 5.287 zł brutto). W praktyce musielibyśmy zarabiać jeszcze dużo więcej, bo większość najczęstszych wydatków konsumpcyjnych – jedzenie, paliwo – zżerają nieobecne niegdyś podatki.

Jeszcze dawniej, czyli w głębokim średniowieczu, w XVI wieku, średnie obciążenia gospodarstwa chłopskiego były na poziomie 30% dochodów.

Bieda i Wstyd 2

W rezultacie chłop pańszczyźniany mógł sobie pozwolić na więcej. Dom chłopa pańszczyźnianego był wielki (średnio ponad 75 metrów kwadratowych w XVII wieku, w wieku XIX było to ponad 100 metrów) i wolno stojący – dzieci przychodzące w nim na świat, otaczała wolność i swoboda. Dzisiejsze dzieci są ograniczone przepisami, nadzorem i pozwoleniami. Są “produktem chowu klatkowego” w blokach. Rezultatem jest wybrakowany produkt końcowy, w postaci zaledwie jednego dziecka – „trójki”.

Jesteśmy niewolnikami, którzy robią za “psie” pieniądze, codziennie okradani z wytworów własnej pracy w podatkach, pseudolegalnych układach lichwiarskich i innych para-daninach, takich jak oszustwa składkowe, które zabierają dużo i prawie nic nie dają w zamian.

W rezultacie jesteśmy biedniejsi od chłopa sprzed dwóch wieków i nie chcemy mieć dzieci, bo będziemy czuli przed nimi głównie wstyd.

Zibikendo

W opracowaniu artykułu pomocne okazały się następujące dane:

Ignacy Lubicz Czerwiński – „Okolica Za-Dniestrska między Stryiem i Łomnicą: czyli opis ziemi i dawnych klęsk, lub odmian tey okolicy; tudzież, iaki iest lud prosty dla religii i dla Pana swego? Zgoła, iaki ón iest? w całym sposobie życia swego, lub w swych zabobonach albo zwyczaiach”

W odniesieniu do mediany wynagrodzeń w Polsce – 2015 rok.

Komora – 13 m2; Izba – 34 m2; Sień – 29 m2.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (7)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (2)

5 komentarzy

  1. Iwan Matyjasowicz

    Autor tekstu ma dużo racji. W każdym razie włościanin (chłop) czyli kmieć albo zagrodnik nie płacił swoją pracą za wynajmowanie pańskiej ziemi. Kmieć albo zagrodnik otrzymywał od pana nadanie ziemskie, a więc “lenno”. Z lenna rycerskiego (drobno-szlacheckiego), mieszczańskiego i włościańskiego (chłopskiego) wynikały zupełnie inne obowiązki wobec pana, króla i kościoła. W czasach feudalnych nie istniało coś takiego jak własność w dzisiejszym rozumieniu, bo ta jest tworem oświecenia. Prawo feudalne nie czyniło szczególnego rozróżnienia pomiędzy własnością a posiadaniem. Dlatego zamiast określenia “własność”, uzywano określenia “posiedzicielstwo” czyli prawo do dziedzicznego posiadania, użytkowania i korzystania, którym cieszyli się zarówno mieszczanie i włościanie (chłopi), a nie tylko rycerstwo czy drobna szlachta. Natomiast osobę która miała takie prawa określano jako “posiedzieciel”. Ponadto mieszczanie i włościanie (chłopi) mogli kupować, a następnie sprzedawać prawa do swoich domów i gruntów. Trzeba zaznaczyć że nie kupowali i nie sprzedawali oni domu czy gruntu, a jedynie prawo do jego posiadania, użytkowania i korzystania. Księgi gromadzkie i wiejskie sądowe prowadzone od czasów średniowiecza rejestrowały tysiące transakcji pomiędzy samymi chłopami. Transakcje odbywały się w obecności sądu wiejskiego, czasem też dziedzica. Tak samo było w przypadku lokalnych władców, którzy byli “posiedzicielami” feudalnych jednostek terytorialnych zwanych dobrami ziemskimi. Dobra ziemskie to coś w rodzaju hrabstwa albo współczesnej gminy która obejmuje miasta i kilka pobliski wsi. Tak więc pan który był “posiedzicielem” miasta Opoczno i 10 opoczyńskich wsi nie był ich właścicielem w dzisiejszym rozumieniu. On nie kupował i nie sprzedawał mieszkańców miast i wsi innemu panu, ani ich domów i gruntów. Tak samo jak kmieć sprzedawał swoje prawo posiadania danego gospodarstwa innemu kmieciowi, ale nie gospodarstwo. To tak samo pan sprzedawał prawo władzy zwierzchniej nad ziemią opoczyńską innemu panu, ale nie samą ziemię opoczyńską. Wszelka materia nie była własnością, była czymś w rodzaju dobra wspólnego którego części składowe mają wielu prywatnych posiadaczy/posiedzicieli którzy dzielą się na jeszcze drobniejszych aż do samego dołu hierarchii społecznej. Jedna posiadłość magnacka mogła dzielić się wewnątrz siebie na kilkadziesiąt posiadłości nadanych mieszczanom-rzemieślnikom, włościanom-rolnikom i drobnej szlachcie rycerskiej, bojarom, wołodykom itd. Co do pańszczyzny to ona mogła być wyrażana w różnej formie. Mieszczanie-rzemieślnicy organizowali się w cechy rzemieślnicze. Statut cechowy nakładał na każdego rzemieślnika obowiązek prowadzenia swojego warsztatu osobiście przez 5-6 dni na tydzień, miał obowiązek płacenia czynszu pieniężnego, składnia danin w produktach rzemieślniczych bądź wykonywaniu prac dla pana potrzebnych w jego dworze. Jeżeli był to szewc to musiał zapłacić czynsz w pieniądzu, wyprodukować 12 nowych par butów dla pana i jego służby, albo naprawić stare wykorzystując pracę swojego czeladnika. To się niczym nie różniło od pańszczyzny w której kmieć-gospodarz też płacił czynsz w pieniądzu, daninę w produktach rolnych bądź pracy swojej czeladzi na pańskim polu przez kilka dni albo tygodni w roku. Trzeba jeszcze dodać że przeciętny i średni folwark w Polsce liczył 3.5 albo 4 łany. To uprawy takiego areału potrzeba np. 7 albo 8 zaciężnych parobków do orania na każde połowie łana ziemi folwarcznej, a więc na jednego parobka przypadało po 15 morgów ziemi folwarcznej do zaorania – jedna morga do zaorania to jeden pańszczyzny. Czyli 15 morgów to są 3 tygodnie orania po 5 dni na każdy tydzień na wiosnę, ale nie przez cały rok. Instrukcje gospodarcze dóbr magnackich, szlacheckich i duchownych wyraźnie pokazują że 5 albo 6 dni pańszczyzny w tydzień, nie oznaczało pracy jednej osoby przez cały rok na pańskim polu. Na jedną osobę z rodziny bądź wsi przypadało od 13 do 26 dni pańszczyzny sprzężajnej albo pieszej w roku. Tak więc jak 4 dorosłe osoby przepradowały po 13 albo 26 dni w roku na pańskim to łącznie wychodziło 52 lub 104 dni z łana. Poza tym pan nie mógł zmuszać swojego poddanego aby ten służył na jego polu przez cały rok. W każdym gospodarstwie były osoby które pełniły konkretne funkcje. Synowie i parobkowie robili łącznie 52 dni pańszczyzny sprzężajnej w roku, córki i dziewki też robiły łącznie po 52 dni czyli 104 dni w roku. Tyle że każdy parobek albo dziewka robiła w praktyce po 13-26 dni na rok na pańskim. Tak to liczono. Spora część zideologizowanych historyków zakłamuje historię i pisze coś o jakimś tam niewolnictwie, ale to są tak naprawdę mity nie poorste żadnymi dowodami. Wielu Polaków tworzy swoje drzewa genealogiczne sięgając początków XIX albo XVIII wieku, czasem dalej, i jakoś nigdy nie znajdują w tych wiekach żadnych “zniewolonych” przodków, bo to całe zniewolenie to po prostu wyssane z palca bzdury. Współczesny system podatkowy to też przymusowa praca na państwo czyli pańszczyzna. 162 dni w roku od każdej osoby to jest X razy więcej niż pracował chłop czy jego parobek. Takie są po prostu fakty i tyle. Z faktami walczą mitomanii. Istnieją przecież książki które już dawno obaliły mity o kmieciach uciskanych przez feudałów.

  2. Skończ opowiadać głupoty. Sam tytuł twojego artykułu ma bazować na emocjach i niczym więcej. Przeciętny folwark liczył 70-80 hektarów, a jego wielkość była dopasowana do rozmiarów ówczesnej wsi. Do obsługi wyżej podanego areału folwarcznego potrzebna była obsługa minimalnie 14 albo 16 gospodarstw kmiecych i zagrodnicznych łącznie. Co oznacza że na jedno gospodarstwo przypadało 5 hektarów ziemi folwarcznej do uprawiania w przeciągu roku. Na tej 5 hektarowej porcji ziemi folwarcznej pracował przeważnie sprzężajem syn gospodarza i dodatkowy parobek. I nie przez cały rok, tydzień w tydzień, dzień w dzień, bo to jest pozbawione sensu logicznego. Kmiecie wcale nie byli biedni. Materialnie przewyższali szlachtę zaściankową, a tym bardziej w XV i XVI wieku. Później też względnie dobrze sobie radzili co potwierdzają księgi wiejskie i gromadzkie. Kmiecie sami kupowali i sprzedawali swoje grunty które posiadali na zasadzie dziedzicznej własności użytkowej (lennej). Wbrew powszechnej literaturze pisanej przez oświeceniowych i emocjonalnych animalsów, rola feudała jako czynnika regulujacego stosunki własnościowe w gromadzkie wiejskiej była bardzo ograniczona, a to dlatego że dziedzic nie był właścicielem wsi w rozumieniu kapitalistycznym, a właścicielem zwierzchnim.

  3. świetny artykuł, choć kolejny “narzekaniowy” –
    Już wiemy, że jest źle – jak to naprawić ?

    • justynakarolak

      Dziękujemy za świetne komentarze – już idę gonić autora tegoż tekstu: niechaj kończy narzekania, a bierze się za teksty konstruktywno-naprawcze 🙂 . Pozdrawiamy redakcyjnie 🙂 .

    • Zbigniew Galar

      Bardzo dobrze wiemy jak to naprawić. Problem w tym, że ludzie nie chcą w fakty o istnieniu rozwiązań uwierzyć, więc nie dysponują wystarczającą siłą, żeby małą grupkę trzymającą status quo przeważyć.

      W sferze gospodarczej:
      Są konkretne grupy interesów pilnujące swojego korytka, które nie chcą zmian, bo będą one dla nich niekorzystne. Np. podatki od działalności gospodarczej są nieprzejrzyste, żeby mafia VAT mogła zarobić, do tego boisko konkurencyjnej rywalizacji jest nierówne, bo niektórych się po prostu dotuje. Np. pracodawcy nie są zainteresowani obniżeniem opodatkowania pracy, bo pracownicy będą mieli nieco więcej oddechu finansowego. Pracownik, który ma odłożone na pół roku i może w każdej chwili odejść, nie będzie pracował i poniżał się jak niewolnik. W naszej podłej wschodniej mentalności dużo ważniejsze jest dla pracodawcy i kierownika to, że może pracownikiem pomiatać i z tego ostatniego przywileju tak łatwo nie zrezygnuje.

      W sferze społecznej:
      Ryba psuje się od głowy, która w przypadku państwa oznacza wymiar sprawiedliwości – dopóki nie będziemy mieli logicznie myślących, uczciwych i niezależnych sędziów – dopóty nawet najlepsze prawo nic nie pomoże, bo nie będzie po prostu egzekwowane. Tych sędziów nie trzeba wielu, ale polityczne grupy przestępcze nie pozwolą społeczeństwu na nieskorumpowanych sędziów.

      Tylko te dwie zmiany spowoduje stopniowy powrót społeczeństwa do normalności, bo wreszcie pojedynczy człowiek będzie budował swoje relacje z innymi w sposób jasny i dobrowolny, a nie kombinatorski i przymusowy.

      Trzecia – już bardziej kosmetyczna zmiana jest najprostsza – skoro i tak już dostają te pensje, to by trzeba było w końcu zapędzić urzędników do użytecznej społecznie roboty. Wyznacznik jakości ich pracy jest prosty – ludzie muszą chcieć korzystać z pomocy urzędów, i to od ilości zadowolonych petentów musi być zależna pensja urzędnika. Bo obecnie normalni ludzie przychodzą tam tylko po pieniądze i pod karą grzywny – czyli wtedy kiedy muszą.

Skomentuj Iwan Matyjasowicz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.