Dwaj panowie w łódce i pączki z kwiatem

– Dzień dobry.

– O! Dzień dobry.

– Pan od akity? – śmieję się.

– Tak. A pan od amstaffa – ucieszył się mój rozmówca.

– Pączkujemy, widzę – stwierdziłem, przyjaźnie.

– No tak, tak – potwierdził właściciel akity.

Kolejka liczyła parę osób – może dwanaście, może piętnaście. Leniwie rozkoszowała się tym, że jest kolejką, oraz roznoszącym się zapachem świeżych wypieków cukierniczych. Oprócz jednej zdegustowanej paniusi typu „warszawka na ściance reklamowej” panował łagodny determinizm, stymulowany donoszonymi coraz to nowymi partiami pączków. Paniusia marudziła, że jej zdaniem za wolno to idzie, ale kolejka jej nie popierała, a ktoś poradził paniusi, żeby se kupiła pączki na Allegro, co spowodowało ogólną wesołość i dobry nastrój wśród obecnych. To wydarzenie jednak zainspirowało pana Akitę, odwrócił się do mnie i przemówił:

– Pan wie, mam taką małą firmę, księgowość, rachunkowość i takie tam. Jak przychodzą różne takie święta, to mnie tradycja trafia w samą cholerę. – Mrugnął do mnie, znaczy: żarcik był.

Potwierdziłem uśmiechem i zapytałem rezolutnie: – A, co?

– Wie pan, mam tam parę osób w firmie, to znaczy zatrudniam parę osób i wszystko staje się problemem. – Podniósł palec wskazujący, do góry, i zrozumiałem, że będzie teraz wykład. – To nie jest tak, że mamy do czynienia z problemem wymyślonym, proszę pana – rozpoczął z namaszczeniem, patrząc mi głęboko w okulary. – To realny, żywy problem. Wyobraź pan sobie taką sytuację: tradycyjny tłusty czwartek w zakładzie pracy, dajmy na to w księgowości. – Mrugnął do mnie, znowu był żarcik. – Nasza tradycja przewiduje wspólne biesiadowanie i częstowanie się nawzajem specjałem naszej kuchni, pączkiem. – Przybrał minę wykładowcy. – Otóż rozróżniamy zasadniczo cztery główne rodzaje pączków: z dżemem, z toffi, z adwokatem i z bitą śmietaną. Jest grupa znawców, która rozróżnia jako piąty, zasadniczy rodzaj: z różą, w tym z dziką różą, ale to w sumie jest z dżemem, więc się nie liczy. Oczywiście – podniósł znacząco brew – szkoły nieortodoksyjne wciąż proponują nowe rozwiązania, egzotyczne, specjalne, wegańskie, serowe i jakie byś pan nie chciał, ale zasadniczo interesują nas tylko te cztery rodzaje. No i mamy zaraz cały szereg problemów z tego wynikających. Po pierwsze, w naszym środowisku może się znajdować weganin, i co? Mamy konflikt, bo nie dość że jajka, to jeszcze smalec! A co się dzieje, kiedy na pączka nadzieje się muzułmanin, a jak ten pączek do tego jest z adwokatem…? No po prostu tragedia! A może dojść do dramatu! – Popatrzył na mnie i pokiwał głową. – Ludzie mogą się poczuć dotknięci, obrażeni, a nawet dyskryminowani. – I znów pokiwał głową.

Wysłuchałem wykładu z uprzejmym skupieniem i zadałem inteligentne pytanie: – A co, zatrudnił pan muzułmanina?

– A skąd, panie, same baby! – obruszył się.

– No to gdzie problem? – zdziwiłem się.

– Panie, to jeszcze gorzej! – Przekonująco zasadził się mój rozmówca.

Paniusia przed nami, w kolejce, odwróciła głowę i obrzuciła nas spojrzeniem pełnym niewymownej pogardy. Pan Akita zaliczył to spojrzenie z pełną satysfakcją.

– Panie, jak nie kupię tych pączków, to jestem cham, prymityw i skąpiradło. A jak je kupię, to po pierwsze, nie takie jak trzeba, a po drugie jestem zły, bo się opasą i będą tłuste.

– I co: zostaje pan z całą stertą, niezjedzonych, pączków…? – zapytałem.

Spojrzał na mnie z litością i ironią: – Ile pan zje tych pączków, tak na raz?

– Czy ja wiem? – zastanowiłem się. – Na siłę, to może trzy, ale potem muszę się napić piwa, żeby to przepchać.

– No widzi pan! U mnie tyle wciąga ta najchudsza, co się odchudza. Ta duża, to i siedem zaliczy.

– O! Siedem – powtórzyłem z szacunkiem.

Paniusia przed nami westchnęła ciężko i z cierpieniem. Pan Akita uśmiechnął się lekko i dodał:  – Ale to wszystko nic, prawdziwy Armagedon dopiero nadchodzi.

– A co jeszcze z tymi pączkami jest źle? – zapytałem naiwnie.

– Z pączkami to już nic. Jedzą je, narzekają, że tyją, narzekają, że się lepią, i wymyślają różne sytuacje, dla których nie powinno się ich kupować, ale ogólnie jest miło i sympatycznie. A jak je wsuwają, to nie pracują, więc ogólnie są zadowolone. A ja tam siedzę między nimi, uśmiecham się i myślę, że nadchodzi mój dzień prawdziwej udręki: ósmego marca.

– Aaa, Dzień Kobiet – stwierdziłem rezolutnie.

– No właśnie, dwie najmłodsze są feministkami, inne dwie są antyfeministkami, a reszta kibicuje jednej albo drugiej stronie, bawiąc się dobrze. A przerąbane mam ja. Co bym nie zrobił, czy kupię kwiaty, czy nie kupię, czy wezmę je na imprezę, czy dam premię, wszystko jedno, mam przerąbane. Bo to komunistyczne święto, bo dawanie kwiatów je poniża, bo dlaczego dałem premię feministkom, skoro je to poniża, a nie podzieliłem tych pieniędzy pomiędzy te, których to nie poniża. Niezależnie, co bym zrobił, jestem winny. A przecież należy im się szacunek: jednym, bo przecież są kobietami, a drugim, bo przecież są ludźmi, i tak dalej, i tak dalej. Mam przerąbane – powtórzył z przekonaniem.

Paniusia przed nami w końcu dorwała się do lady i zakupiła dużą paczkę absolutnie dietetycznych, kompletnie wegańskich kulek o nieokreślonym bliżej wyglądzie i podejrzanym zapachu, mających zapewne symbolizować normalne pączki. Niosła je przed sobą dumnie i demonstracyjnie. Pan Akita, następny w kolejce, kupił sporo pączków oraz cały zapas moich ulubionych – z różą. Na następną ich partię trzeba by poczekać godzinę, więc kupiłem te z marmoladą. W porównaniu z hurtowymi ilościami – moje pięć zabrzmiało trochę wstydliwie.

Kiedy wyszedłem z cukierni z moją torebką, zobaczyłem jak na parkingu pan Akita walczy z drzwiami samochodu i stertą pączków. Pomogłem mu, podtrzymując pączki. Kiedy wsiadał do środka i pakował je na tylne siedzenie, mruknął do mnie konfidencjonalnie: – W tym roku je załatwię. Pójdę na L4 i wrócę dopiero dziesiątego. He, he, he – zaśmiał się z satysfakcją.

– To zupełnie nic nie rozwiąże – stwierdziłem, raczej ze smutkiem niż z przekonaniem.

Szedłem do domu, miasto przeciągało się ruchliwie i przyglądało nadchodzącemu niemrawo przedwiośniu.

Leonard Jaszczuk

Czas i miejsce zdarzenia: 28 lutego 2019 r., czwartek, cukiernia niedaleko placu Wolności.

 

Leonard Jaszczuk – grafik, zapraszamy do obejrzenia portfolio artysty na stronie:

https://sites.google.com/view/leonardjaszczuk  lub  https://leonard769911304.wordpress.com/

Dwaj panowie w łódce i pekińczyk

Dwaj panowie w łódce i pterodaktyl

Dwaj panowie w łódce i pies

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *