Gen samozagłady a wolność słowa

Śmierć jednej z fanek jednego z polskich youtube’owych kanałów wegańsko-frutariańskich wzbudza zastanowienie nad tematem odpowiedzialności moralnej za głoszone w Internecie idee. Nie jestem specjalistą dietetykiem, nie jestem lekarzem ani innego rodzaju naukowcem – jestem pisarzem i redaktorem, więc skomentuję dramat, który się wydarzył, z perspektywy kulturowej.

Wzrost technologii komputerowych i łatwość dostępu do nich połączona z rozwojem tego specyficznego medium, jakim jest Internet, spowodowały wypłynięcie na powierzchnię wielu nisz światopoglądowych. Największe sukcesy rozumiane tu jako popularność i błyskawiczne docieranie do sporych grup odbiorców osiągnął serwis YouTube – w XXI wieku każdy może zostać telewizyjną gwiazdą we własnym domu: dziś nawet tanio zakupionym telefonem da się kręcić filmy o naprawdę przyzwoitej, czytelnej jakości. Każdy może łatwo i szybko, a wręcz bezproblemowo dzielić się ze światem swoimi poglądami na życie. W czasach przedinternetowych o tym, że jakaś Ewelina lat dwadzieścia pięć z miejscowości Koluszki ma jakieś poglądy na życie – wiedzieli tylko mama i tata Eweliny, chłopak Eweliny i ewentualnie sąsiedzi Eweliny. Dziś poglądy Eweliny może poznać niemal cały świat, a jeśli poglądy te okażą się wystarczająco oryginalne czy kontrowersyjne, świat zacznie docierać do nich w pięć minut – Internet sprawia, że poglądy Eweliny osiągają bardzo rozległe i dynamiczne pole rażenia.

Ludzie chcą być oryginalni i chcą mieć coś ważnego do powiedzenia – to bardzo naturalna, normalna, zwykła potrzeba ludzka. Jednak przed Internetem głoszenie swoich poglądów było bardzo trudne – swoje poglądy promowali wyłącznie ludzie silnie do tego zdeterminowani, co wiązało się z koniecznością wypracowania sobie określonych kompetencji. Jeśli Błażej lat piętnaście wychowany na wsi chciał mieć poglądy na temat świata, wiedział, że najpierw musi dobrze się uczyć, żeby móc dostać się na dobrą uczelnię, wtedy będzie mógł wyjechać z rodzinnej wsi i liznąć większego czy po prostu innego świata. Bezpośrednia interakcja ze światem połączona z determinacją w zdobywaniu wiedzy leżała u podstaw kształtowania się tożsamości intelektualnej młodego człowieka – poglądy musiały być wtedy ukorzenione, mocne i autentycznie ciekawe, bo zdobywanie wiedzy wiązało się z wieloma trudnościami i z kosztami osobistymi oraz finansowymi. Dlatego ludzie nie wygłaszali swoich poglądów lekką ręką – najpierw inwestowali w zdobywanie wiedzy i ponosili masę wyrzeczeń i trudności, żeby sprostać swoim marzeniom. Jeżeli ktoś był za mało utalentowany albo nie dość zdeterminowany, czyli niewystarczająco pracowity, to rezygnował z potrzeby poszerzania wiedzy i ukorzeniania poglądów.

Internet zmienił tę relację ja-świat. Dziś za kliknięciem paru klawiszy w laptopie docieramy do fascynujących wykładów wielu różnorodnych ludzi – w pięć minut każdy z nas może znaleźć w sieci przemowy profesorów, ale też zwykłych ludzi: Eweliny i Błażeja. YouTube jest przepięknie kolorowym oknem na świat – za pomocą YouTube’a wchodzimy do domu Eweliny i Błażeja, patrzymy, jak mieszkają, jak żyją, co robią i myślą na co dzień. Ewelina i Błażej wpuszczają nas do swojego życia, dzielą się swoją mniej lub więcej intymną przestrzenią, pokazują, co jedzą na obiady oni sami oraz ich dzieci.

To świetnie, że Internet stworzył masom ludzi możliwość autoprezentacji i zamanifestowania się w świecie. I pół biedy, że jakiś człowiek z Internetu jest na przykład zdeklarowanym, zapalonym marksistą – niegodziwe ideologie polityczne stosunkowo łatwo można obalić, korzystając z wymiernej wiedzy historycznej. Gorzej jednak, jeśli prezentowane w sieci poglądy dotyczą zdrowia i żywienia – bo tu wkraczamy w niezwykle rozległą tematykę, która dotyczy wszystkich bez wyjątku ludzi: każdy z nas czymś się odżywia i każdy z nas dysponuje jakimś stanem zdrowia. Ewelina i Błażej – też: coś jedzą i są bardziej lub mniej zdrowi. Do tego Ewelina ładnie się uśmiecha, wydaje się bardzo sympatyczna i elokwentna, a Błażej jest przystojny i ma dużą swobodę mówienia. Ewelinę i Błażeja łatwo polubić, a nawet przywiązać się do nich – dużo trudniej spojrzeć na nich krytycznie.

Ewelina od dwóch lat zachwala dietę frutariańską, Błażej od trzech lat – wegańską. Ewelina na swojej diecie owocowej czuje się świetnie, co prawda drastycznie schudła w ciągu ostatniego roku, ale ciągle ładnie i przekonująco uśmiecha się do kamery. Błażej trzy lata temu poszedł do pracy w rzeźni, naoglądał się tam strasznego brudu krwi i niehumanitarnego ubijania zwierząt na mięso – tak stał się weganinem. Oboje, i Ewelina, i Błażej coraz głębiej brną w świeżą, promienną ich zdaniem ideologię – szukają stale skutecznych sposobów oczyszczenia swoich ciał z toksyn po spożywanym w przeszłości mięsie. I Ewelina, i Błażej mają prawo żyć w ten nowy, piękny, czysty sposób i oczywiście mają prawo swoje poglądy głosić w sieci – na tym polega wolność słowa! – problem jednak zaczyna się wtedy, kiedy na ich kanały internetowe przychodzi publiczność obarczona jakimiś dosadnymi problemami zdrowotnymi albo zaburzeniami odżywiania.

Nieletnia fanka Eweliny pyta ją w komentarzu: „czy frutarianizm będzie wg Ciebie dobrym sposobem na wyjście z anoreksji? Bo moi rodzice nie pozwalają mi jeść samych owoców, a ja bym bardzo chciała móc odżywiać się w ten sposób”. Ewelina odpowiada jej na to: „dostałam wiele listów od byłych anorektyczek, które przeszły na frutarianizm, czują się świetnie, bo nareszcie mogą jeść, ile chcą i nie przejmować się kaloriami”. I ta odpowiedź Eweliny jest tą kruchą, a już niestety przekroczoną granicą wolności słowa.

Porada dietetyczna udzielona przez Ewelinę wkroczyła bowiem w zakres kompetencji dietetyka, a nawet psychologa lub psychiatry – ponieważ anoreksja prócz tego, że objawia się jadłowstrętem, co wiąże się z głodzeniem organizmu, a to w dalszej perspektywie prowadzi nieodzownie do śmierci, jest przede wszystkim problemem psychicznym. Potrzeba wielu lat studiów – psychologicznych lub medycznych – by móc brać odpowiedzialność za udzielanie jakichkolwiek porad zdrowotnych. Wykwalifikowany psychoterapeuta będący psychologiem klinicznym czy lekarz psychiatra świetnie wie, że jeśli w trakcie przebywania pod jego opieką pacjent cierpiący na anoreksję zagłodzi się na śmierć, rodzina zmarłego pacjenta może dociekać, czy lekarz nie popełnił jakiegoś błędu w sztuce medycznej i czy to nie błąd lekarza doprowadził do śmierci pacjenta. Dlatego działania medyczne lekarzy muszą być precyzyjnie udokumentowane – prowadzone przez lekarza konsultacje i terapie oraz zalecenia farmakologiczne muszą być odpowiednio transparentne, tak aby w razie konieczności można było dotrzeć do obiektywnej przyczyny zgonu pacjenta oraz do prawidłowości procedur medycznych stosowanych na tym pacjencie przez danego lekarza. Każdy lekarz jest obarczony nie tylko odpowiedzialnością moralną, ale i prawną za zdrowie i życie swoich pacjentów – w razie stosowania na swoich pacjentach jakichś eksperymentalnych czy w inny sposób nieuzasadnionych albo niewymiernych metod poradnictwa i sposobów leczenia mogą na lekarzu ciążyć srogie sankcje, łącznie z utratą prawa do wykonywania zawodu lekarza.

Wydaje się to dalece niesprawiedliwe: ludzie, którzy dostają się na akademię medyczną, którzy poświęcają lata na trudne, wymagające zdobywanie wiedzy – bo studia medyczne nie są łatwe, proste i przyjemne, lecz wymagają określonych predyspozycji, zdolności i pracowitości, a więc wspomnianej wcześniej wysiłkowej determinacji – jedyne, co „otrzymują w nagrodę”, to moralna oraz prawna odpowiedzialność za zdrowie i życie innych ludzi, których w przyszłości będą leczyć. A ludzie, którzy nie poświęcili choćby roku życia na rzetelne zgłębianie jakiejś wiedzy naukowej, których „wiedza” w całości czerpie się z różnych blogów i kanałów youtube’owych prowadzonych przez innych kompletnych laików oraz ignorantów, nie są obarczeni żadną, ale to żadną odpowiedzialnością za szkody na zdrowiu, które ich poglądy mogą spowodować. Internet, a zwłaszcza YouTube otworzył wielu szarlatanom i niemoralnym biznesmenom możliwość bogacenia się emocjonalnego i materialnego na swoim braku wyspecjalizowanych kompetencji.

Ale to zjawisko frywolności Internetu jako medium; to zjawisko nieponoszenia konsekwencji za wygłaszane przez siebie w Internecie poglądy – jest jeszcze bardziej skomplikowane i smutne. Nie chodzi jedynie o poczuwanie się do odpowiedzialności za swoje poglądy – chodzi również o brak odpowiedzialności etycznej po stronie odbiorców tych poglądów. Otóż jeśli ludzie wybierają na swojego idola i znawcę kwestii zdrowia osobę, która wychowała się w nieszczęśliwej czy patologicznej rodzinie, która nie wybrała się na żadne studia – a nie wybrała się na studia dlatego, że uważa, że wiedza akademicka nie jest w niczym lepsza ani pełniejsza od „wiedzy”, którą można samodzielnie przeczytać albo obejrzeć w Internecie – i która na dodatek ma wyjątkową mutację genetyczną dotkliwie zwiększającą ryzyko zapadnięcia na choroby nowotworowe, a pomimo znajomości tych faktów ponad sto tysięcy subskrybentów dalej ufa tej osobie i traktuje ją jako wzór zdrowej diety i zdrowego wychowywania potomstwa, to nasuwa się na myśl ogromnie ponury wniosek: zdolności myślenia sceptycznego i krytycznego u tych ludzi są na fatalnie niskim poziomie – a więc również ich własna empatia i etyka postępowania obniża się, bo tak dzieje się zawsze wtedy, kiedy spada czujność intelektualna.

I o ile ludziom dorosłym można śmiało ten brak sceptycyzmu i krytycyzmu wypomnieć, o tyle ten problem osiągający wymiar społeczny robi się znowu jeszcze głębszy, gdy weźmiemy pod uwagę, że pewna część środowiska fanów kontrowersyjnych kanałów youtube’owych to ludzie bez wątpienia małoletni. Tacy ludzie – jeszcze niepełnoletni – bardzo często są podatni na wpływy zewnętrzne, głównie dlatego, że znajdują się na etapie ustanawiania swojej tożsamości, a więc na takim etapie naturalnie poszukują: wzorców kulturowych, mentorów i idoli. Nierzadko te poszukiwania wiążą się z, również naturalną, potrzebą buntu wobec rodziców, a mówiąc ściślej: wobec wzorców oraz wartości wpojonych przez rodziców. Wesołe, uroczo kolorowe tzw. foodbooki składające się ze słodkich i ślicznych owoców – jak magnes przyciągają bezbronne nastolatki. Wiele spośród tych młodziutkich dziewcząt i dziewczynek marzy o szczupłej, eterycznej figurze, a więc ochoczo przytulają one do serca ideologie wegańskie i frutariańskie – bo na tych stylach żywieniowych można jeść bardzo dużo i nie tyć. Oczywiście można też dorobić się koszmarnych niedoborów, można także zakłócić sobie gospodarkę hormonalną i stracić okres. I rodzice takich zapalonych ideologicznie dzieci będą bezsilni, jakoby z góry na skazanej na porażkę pozycji, bo jak walczyć z tym, że dziecko interesuje się sałatkami owocowymi…?

Zostawię jednak osoby nieletnie i powrócę do osób dorosłych, które również łatwo zachłystują się dalece kontrowersyjnymi kanałami youtube’owymi. Myślę, że część tych bezkrytycznych dorosłych widzów przejawia taką konstrukcję psychiczną, którą na potrzeby tego artykułu określiłam metaforycznie „genem samozagłady”. Jeśli prezentowane w sieci treści są szkodliwe społecznie – a do takich treści zalicza się promowanie frutarianizmu jako diety bezwzględnie i jedynie słusznej dla całego gatunku ludzkiego – a widz mimo wszystko wypiera ze swej psychiki tę szkodliwość i brnie w cudze poglądy jak we własne, zaraża się sposobem życia i myślenia danego youtubera, to jest to człowiek, który przyjmuje niszowy obraz rzeczywistości na wiarę, a z tego obrazu buduje sobie w głowie przeświadczenie, że ta dana nisza i żywieniowa, i poglądowa może być zbawienna w stosunku do całego świata.

Ten „gen samozagłady” opiera się na takiej mechanice myślenia, na jakiej opiera się każdy rodzaj wiary – wspominane w tym artykule kanały youtube’owe poświęcone dietom i zdrowiu w rzeczywistości najczęściej wiążą się z poglądami duchowymi, o czym wielu twórców tych kanałów mówi wprost. Czystość duszy i ciała, możliwie bezinwazyjne życie, potrzeba wzbijania swojej świadomości na wyższe poziomy i stopniowe odrzucanie coraz większej puli pokarmów – to czołowe treści tego rodzaju kanałów.

XXI wiek i rozrost Internetu to taki czas w rozwoju cywilizacyjnym ludzkości, gdzie zarówno nauka, czyli faktyczna wiedza, jak i duchowość – mają pod górkę. Nie brak wyznawców płaskiej Ziemi, nie brak i wyznawców owoców, którzy postulują, że witamina B12 nie istnieje, bo nikt jej nie widział, a jeśli nawet istnieje i organizm ludzki potrzebuje jej do zachowania zdrowia, to następuje tu wiara w cud, następuje myślenie życzeniowe i duchowe – następuje wiara, że organizm sam sobie odpowiednią witaminę wyprodukuje, skoro jej potrzebuje, a sposób odżywiania nie ma tu nic do rzeczy.

Wracając do wolności słowa w Internecie: ciekawe ile jeszcze wody musi upłynąć – ile nastolatków musi zabrnąć w wyniszczające organizm niedoborowe diety, żeby laicy podszywający się pod mentorów nauczyli się brać odpowiedzialność za głoszenie swoich poglądów. Każdy może sobie jeść i mówić, co chce, pod warunkiem, że jest pełnoletni, ale nigdy nie zrozumiem, jak bardzo trzeba mieć upośledzoną empatię, żeby nagrać film pod tytułem: „Jak przekonać rodziców do weganizmu?”. Bo na to pytanie powinna być w obiegu medialnym dostępna tylko jedna odpowiedź: drogie dziecko, nie masz przekonywać rodziców do weganizmu, tylko masz słuchać rodziców, dopóki nie skończysz osiemnastu lat. I to jest jedyna moralna odpowiedź, której można swojemu nieletniemu widzowi udzielić.

Problem odpowiedzialności za głoszone przez siebie poglądy nie jest oczywiście znakiem tych, naszych czasów – jest on dużo starszy: dość przytoczyć przykład z epoki romantyzmu, kiedy to po lekturze powieści „Cierpienia młodego Wertera” Goethego ludzie masowo popełniali samobójstwa. Różnica jednak jest taka, że Goethe był intelektualistą i wiedział dokładnie, o czym pisze i jakie wartości przekazuje – niestety nie mogę tego powiedzieć o nowoczesnych samozwańczych „mędrcach” youtube’owych, którzy bardzo często są ludźmi niezainteresowanymi zdobywaniem żadnej rzetelnej wiedzy, a to, co uprawiają na co dzień, to wiara i poszukiwanie wyznawców dla siebie i dla swojej wiary.

Żeby była jasność: nie, nie uważam, że danego youtubera należy obarczyć zupełną odpowiedzialnością za śmierć jego fanki, uważam jedynie tyle, że doradzanie innym bez poparcia swoich poglądów określoną wiedzą i kompetencjami zawodowymi jest nieetyczne i temu problemowi warto wnikliwie się przyjrzeć, a zwłaszcza wtedy, kiedy ktoś doradza w komentarzach pod swoimi filmami ludziom małoletnim – a materiał filmowy jest dostępny w pełni publicznie, bez ograniczenia wiekowego.

Przede wszystkim zaś uważam, że podjęcie debaty społecznej nad wolnością słowa w Internecie jest dziś bardzo potrzebne, ale taka debata powinna być niezwykle zrównoważona i kulturalna. Warto też zastanowić się, na ile ofiary różnych ideologii nie odsiewają się z rzeczywistości same: czy o ich tragedii nie decyduje czasem ów „gen samozagłady”, a nie wyłącznie wpływy różnych internetowych guru i idoli? Czy to, co nazywamy cywilizacją i wpływem mediów – nie jest czasem formą doboru naturalnego, a więc jednak głosem natury, a nie tylko kultury…? Zachęcam do samodzielnych rozważań na te tematy.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.