Początki Polski

Jak to się stało, że powstała Polska? Skąd się wziął Mieszko I, i co tu było przed nami – tego nie wie nikt…

Jako datę przełomową dla powstania naszego państwa wskazuje się rok 966, kiedy to Mieszko miał się ochrzcić, wprowadzając jednocześnie swoje państwo w przestrzeń kulturową ówczesnej Europy. Nie wiemy, skąd się wziął Mieszko; nie wiemy, kto stanowił jego drużynę i dwór; nie wiemy także, jak doszło do tego, że to właśnie on został główną postacią w kreowaniu przestrzeni państwowej.

Istnieje cały szereg interpretacji, teorii i koncepcji, ale twarda wiedza poparta faktami naukowo udowodnionymi jest raczej skromna i nie potrafi odpowiedzieć na szereg pytań. To, że Mieszko był postacią historyczną, jest niewątpliwe; jego małżeństwo z księżniczką chrześcijańską Dobrawą jest niewątpliwe i niewątpliwe jest jego nawrócenie na chrześcijaństwo, czy to pod namową swojej nowej pięknej żony, czy też w wyniku cudu, jakiego miał doznać dzięki sławnemu świętemu mężowi opatrzności, który pomógł Mieszkowi odzyskać sprawność. Natomiast nie możemy mu odmówić jednego – geniuszu politycznego.

Wyobraźmy sobie świat tamtego czasu. Świat po upadku Imperium Romanum. Księstwa i królestwa, państwa i państewka ukształtowane na bazie doświadczenia w kontaktach z wielką cywilizacją, spajane wspólnotą religijną kształtującą organizację państwa oraz świadomość społeczną. Możemy prześledzić powolne i pełne cierpienia przekształcanie się poszczególnych regionów w organizmy państwowe. Wszystko to odbywa się w rytmie wybijanym na bębnach bojowych i przy szczęku broni, w strugach krwi. Otto pracowicie odbudowuje cesarstwo, na wschodnich rubieżach wikingowie budują Ruś i nagle w samym środku tego galimatiasu, zupełnie bez zapowiedzi, wyskakuje nowy byt polityczny, kompletnie niezależny i nie wpisany w żadną z, właśnie krwawo kreowanych, konstrukcji. Byt ten określa swoje granice, tworzy grody i miasta, buduje silną armię i nie rozpada się, nie rozmazuje na mapie zależności, tylko powoli i, co najważniejsze, skutecznie rozszerza zakres swojej władzy. To, co powstaje, dzieje się na głębokiej prowincji; nie ma tu wspaniałych pałaców, nie ma zabytków po Rzymianach, nie ma ich traktów ani dróg, dopiero powstaje pierwsze biskupstwo, wszystko jest drewniane i przaśne, ale głęboko zakorzenione i świadome swej przynależności, a przede wszystkim posługuje się wspólnym językiem.

Powstaje szereg pytań, które stawiamy naukowcom. Bo zadziwiającym jest, że tak mało wiemy o swojej przeszłości. Dlaczego tego terenu nikt wcześniej nie zajął i nie wcielił do swojego państwa? Bo mówienie, że tutaj nic nie było, to totalna bzdura. Królestwo Piasta nie powstało z niczego – tworzyli je ludzie, którzy zamieszkiwali te ziemie, i musiało ich być na tyle dużo, by mogli się skutecznie bronić. Byli tu, żyli, pracowali i stworzyli swój język, religię i legendy, jak choćby ta o Popielidach i złym królu Popielu zjedzonym przez myszy. Mieszko nie był kimś w rodzaju Mojżesza – nie przyprowadził tu swojego ludu, tylko stworzył swoje królestwo na bazie podporządkowania sobie pomniejszych organizmów, i istniejących na tych terenach plemion. Nie podbili tych terenów Morawianie, Czesi, Rusowie ani Germanie. Nie weszli tu Skandynawowie, choć w porównaniu z ich ziemiami, nasz kraj był rajem. Na terenach tych występowały wszelkie bogactwa i dobra natury, jakie można było sobie wyobrazić, plus ziemia pod uprawę, nie licząc ludzi jako niewolników. I co? Nikt się nie skusił? Przez 1000 lat panowała tu przestrzeń zaklęta i tajemnicza, niczym czarna dziura, a bursztynowy szlak przechodzący przez Kotlinę Kłodzką był tylko widmową ścieżką pomiędzy magicznymi krainami.

Naukowcy zachowują się jak zaczarowani: jest Mieszko I i o nim też za dużo nie wiemy, a nasza historia zaczyna się od 966 roku – i koniec, i kropka. Od czasu do czasu archeolodzy wykopują z ziemi jakiś magiczny artefakt, który wprawia historyków w zakłopotanie, sprawiając, że budzą się z letargu. Stwierdzają fakt zaistnienia artefaktu i nie podejmumją dyskusji nad nim, przyglądając mu się, jakby wypadł z historycznej czarnej dziury. A poza tym, jak stwierdzają zgodnie historycy, archeolodzy nie są ludźmi godnymi zaufania, w końcu przecież robią łopatami w ziemi, a historyk to intelektualista – robi w książkach.

I tak trwa ten chocholi taniec, w którym poważny profesor, intelektualista, historyk przez półtorej godziny opowiada, że w zasadzie to nic na ten temat nie ma do powiedzenia i nie wie, jak doszło do powstania Polski i co tu się działo do roku 966. Frankowie, Germanie i Brytowie stojąc na drodze legionów, mieli szczęście zostać opisani, wpadając jednocześnie w obszar kultury łacińskiej. Na wschód od Odry mgła zasłoniła historię i wpłynęła do mózgów naukowych, nie pozwalając im się odpowiednio rozwinąć. Rosjanie stojąc wobec podobnego problemu, szukają nowych rozwiązań metodologicznych, dążąc do wiedzy na swój temat. Natomiast polska historiozofia stara się zmieścić w kanonach europejskich i likwiduje rzeczywistość, która jest nieopisana. I skoro nie ma dokumentów na temat naszej historii sprzed Mieszka I, to znaczy, że przed nim historia nie istniała, i co pan, panie, zrobisz, jak nic pan nie zrobisz. Co więcej, postawa ta nikogo nie zawstydza, jest wręcz rodzajem snobizmu na “niewiedzenie” i znany pan profesor zaprasza na swój wykład, epatując jednocześnie słuchaczy, że on – tak wykształcony, tak utytułowany i tak inteligentny – też nie wie. Ma to być wykładnią jego naukowej rzetelności. No dobrze, ale co dalej? Może jakaś teoria, jakaś wizja, albo chociaż jakaś koncepcja, bo na ironię, cynizm i snobizm, to mnie samego stać i nie potrzebuję do tego tytułu profesorskiego.

W rezultacie myśl historyczna zaczyna powstawać wszędzie indziej. Swoje koncepcje zgłaszają etnografowie, antropolodzy, genetycy i oczywiście archeolodzy. Brak natomiast historyków, którzy mogliby cały ten materiał zebrać w całość i wysunąć jakieś konkluzje. Różne aspekty poszczególnych elementów wiedzy zebrane w całość i przedstawione jako koncepcja nawet za cenę błędu – popchnęłyby wiedzę do przodu w ogniu dyskusji uzupełnianej wciąż postępującymi wynikami badań z różnych dziedzin. Niestety dominuje postawa bezpiecznej “niewiedzy”, która pozwala na znajdowanie się na akademickim topie bez konieczności ruszania mózgiem.

W rezultacie ponieważ rzeczywistość nie znosi pustki, wypełniły ją koncepcje może nieusprawiedliwione naukowo, natomiast bardzo nośne. No i co z tego, że pan doktor historii skarży się, iż jego książka ma nakład 500 sztuk, a nakład książki pana “B” pod tytułem “Wielka Lechia” wynosi 50 tysięcy sztuk? Ale niech pan doktor się zastanowi, na co komu książka, która mówi czytelnikom, że pan doktor “nie wie” i boi się przedstawić jakąś koncepcję. Co więcej, pan doktor uważa, że to wydawnictwo powinno latać za nim, a nie on za wydawnictwem, bo w końcu jest wybitnym naukowcem – no tak czy nie? W rezultacie nakłady wydawnictw, dzięki którym nasi naukowcy robią swoje kariery, wynoszą 200, 300, w porywach 500 sztuk i są czytane tylko przez studentów pana naukowca, za to obowiązkowo przez wszystkich. Smutne jest to, że jeśli naukowiec ma naprawdę coś do powiedzenia, to jego praca również jest wydawana w mikronakładzie albo w niszowym czasopiśmie, za to z wysoką punktacją w uczelnianych rankingach.

Jest w Internecie do obejrzenia jakże naukowa konferencja na temat “Początków państwa polskiego” w kontekście szerokiej dyskusji społecznej dotyczącej poszukiwań własnej tożsamości. Występuje w niej trzech niezwykle atrakcyjnych naukowców, z których jeden badał zjawisko ze szczególnym uwzględnieniem pana “B”, autora wspomnianego już dzieła “Wielka Lechia”, drugi odcinał się wyraźnie i stanowczo od pana “B”, a trzeci obrażał pana “B”. Było to smutne widowisko, gdzie nieobecny pan “B” , bohater całego tego wydarzenia, miał jakąś koncepcję, pewnie błędną – ale miał chociaż jakąś, wywołał nią szerokie poruszenie w wyobraźni czytelników, także tych w środowiskach naukowych. Wywołał tym szerokie zainteresowanie historią Słowian środkowoeuropejskich i Słowian w ogóle. Żaden z dyskutujących panów nie wysunął żadnej koncepcji ani nawet kontrpropozycji, ani nie mógł się pochwalić wkładem w szerokie zainteresowanie publiczne swoimi propozycjami. Powstaje więc pytanie, kto miał większy wkład w naukę, wspomniany pan “B” czy trzy anonimowe, utytułowane postaci naukowe?

Leonard Jaszczuk

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *