Powieść pt. Kobiety i szatani (2019) Justyny Karolak – zapowiedź premiery książki!

Drodzy i szanowni Czytelnicy! Redakcja Tostera ma przyjemność podzielić się dziś z Państwem swoją radością: nasza redaktor naczelna działu Literatura właśnie wydaje swoją kolejną powieść. Zapraszamy serdecznie do przeczytania niniejszego artykułu – ze swej perspektywy opowiemy Państwu o powieści „Kobiety i szatani” i przedstawimy jej bezpłatny fragment…

Nad swoją nową powieścią Justyna Karolak pracowała dwa lata. Pod koniec października zeszłego roku nadała powieści ostateczne szlify, a z nowym rokiem powieść „Kobiety i szatani” powędrowała jako propozycja wydawnicza dla Wydawnictwa WasPos. Wydawca zaakceptował literacką wizję Justyny, obie strony zawarły umowę, a w dniu wczorajszym powieść wyszła z etapu redakcji oraz korekty wydawniczej. Projekt okładki już gotowy, teraz tekst zostanie oddany w ręce specjalisty od składu, a potem – hop, książko, w świat!

Proces wydawniczy jest już praktycznie w połowie spełniony – z najważniejszych etapów realizacji pozostał jeszcze skład i druk i… hop – w świat! Zaglądajcie – zapraszamy serdecznie – na nasz fanpajdż na Facebooku oraz koniecznie na fanpejdż Wydawnictwa WasPos, bo na tych stronach najszybciej uzyskacie rzetelne informacje o dacie premiery książki oraz miejscach, w których będzie można ją zakupić, by potem cieszyć się tą oryginalną lekturą…

Oficjalny opis powieści pt. „Kobiety i szatani” brzmi tak:

Autorka wysmakowanych powieści uderza po raz kolejny! Tym razem zabierze cię do hipnotycznego zimowego miasta – do piekła kobiet i męskich cieni…

Dominika budzi się w obcym domu. Nie ma pojęcia, jak się w nim znalazła. Miasto z wierzchu wygląda zwyczajnie, ale… ktoś zakradł się do niego nocą i… podmienił słońce. Teraz świeci tu sztuczna gwiazda – trupio zimna, podobna do blaszanego guzika. Najlepsza przyjaciółka, Laura, zniknęła bez śladu, a tożsamość samej Dominiki rozpuściła się w powietrzu jak cukier w kawie. Nikt Dominiki nie rozpoznaje i nie pamięta – wszystko wskazuje na to, że kiedy spała, z całym miastem stało się coś diabelnie absurdalnego. Gdy już zaczyna myśleć, że bezpowrotnie przegrała swoje życie, spotyka tajemniczego zakapturzonego mężczyznę…

„Kobiety i szatani” to oryginalna, osadzona w zimowym krajobrazie alegoria piekła. Część mieszkańców „sztucznego miasta” straciła i zapomniała swoich bliskich, inni osiedlili się na obrzeżach i utworzyli minikomunę, a pod powierzchnią miasta zdaje się kryć zdumiewająca tajemnica… W tym kobiecym piekle nie brakuje i mężczyzn, którzy odbywają własną pokutę. Poznacie także fascynujące istoty pół-szatańskie, bezimienne krajobrazy metafizyczne, sensualną przewodniczkę Georgię, upiorne bliźnięta i dziwną papugę…

Dodatkowym nietuzinkowym smakiem powieści jest tło, które składa się z wybitnych dzieł malarskich – autorka wtopiła słowami znane obrazy do treści swojej powieści, dzięki czemu czytelnik w procesie lektury razem z bohaterami spaceruje po niezwykłej krainie plastycznych wizji! To książka powłóczysta i plastyczna, konwencja obyczajowa i oniryczna splata się w niej z subtelnymi akcentami opowieści kryminalnej.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o samej autorce tej powieści, to zerknijcie – zapraszamy gorąco – na stronę WWW wydawcy powieści „Kobiety i szatani”, czyli tutaj.

Sama Justyna o swojej najnowszej powieści mówi tak:

Bohaterów powieści „Kobiety i szatani” umieściłam w bardzo specyficznym świecie. Ten świat z wierzchu wygląda na normalny – na taki, jak nasz; jak Twój i jak mój – a jednak pod napięciem powierzchniowym tak zwanej normalności drzemią różne absurdy. Niektóre wydają się gorzkie, inne kuszące… Namalowałam słowami świat pokus, rozmaitych wabików, ale i świat dziwnej sprawiedliwości – świat pełen cen, kosztów, które ludzie muszą ponosić za swoje marzenia i za swoje błędy i lęki. W tym świecie przeznaczenie i przypadek toczą nieustający, intensywny pojedynek, a świadoma wola przeplata się z instynktem, z ludzką prymitywną biologią. I dopiero w finale powieści – każdy czytelnik będzie mógł podjąć ostateczną decyzję, co naprawdę wydarzyło się w fabule, co zwyciężyło, a co przegrało; i czy było to dobre czy złe, piękne czy przerażające, sprawiedliwe czy błazeńskie.

Justyna opublikowała na swoim osobistym blogu Karolakowo obszerny artykuł dotyczący powieści „Kobiety i szatani” – powyższy cytat pochodzi właśnie z niego, a cały artykuł możecie prześledzić tu. Jeśli mielibyście życzenie sprawdzić, jak sama pisarka postrzega tę swoją powieść, zarówno jej estetykę, jak głęboką treść, w jaki sposób podchodzi do tworzenia literatury w ogóle i do kogo – do jakiego rodzaju czytelnika adresuje ona tę swoją książkę, to niezbędnie zajrzyjcie do załączonego powyżej tekstu; odwiedźcie miasto blogowe Justyny i przekonajcie się samodzielnie, czy to podejście Wam odpowiada, czy odnajdujecie samych siebie w korowodzie przemyśleń literackich Justyny, czy jej wrażliwość literacka jest Wam w jakiś sposób bliska… Sprawdźcie po prostu, czy sposób snucia przemyśleń Justyny, czy jej literacka wyobraźnia wzbudza w Was apetyt na bliższe poznanie, bo sądzimy, że warto podkreślić, że literatura Justyny nie jest dla każdego – w tym miejscu posłużymy się znanym cytatem Hessego, który naszym zdaniem świetnie odda ocenę charakteru literatury Justyny: „wstęp tylko dla obłąkanych – nie dla każdego”…

Z naszej perspektywy patrząc: my jesteśmy z Justyny dumni – jej najnowsza książka jest niepokojąca i drażniąca w przyjemny sposób, skłaniająca do spoglądania na problemy, tematy „stare jak świat” od świeżej, nietuzinkowej strony. Jak to określiła jedna z czytelniczek: „na ile znam autorkę, ta historia będzie się składać z neurotycznie wręcz dobranych jednostek leksykalnych”. Szalenie spodobała nam się ta opinia, podpisujemy się pod nią: rzeczywiście literatura piękna Justyny zdaje się właśnie taka – „neurotycznie” precyzyjna, a jednocześnie stonowana, niosąca niezwykły, subtelny i „miażdżący”, klimat literacki…

No ale my nie jesteśmy obiektywni – my z Justyną pracujemy, to znaczy prowadzimy ten serwis… To prawda, ale prowadzimy ten serwis razem z Justyną właśnie dlatego, że wierzymy w jej pisanie, widzimy w nim głęboki i bardzo ciekawy, inny niż spotykamy we współczesnych książkach, sens. Oczywiście istotne jest to, jak inne serwisy czy blogi kulturalne tę powieść Justyny zrecenzują – my nie zdecydowaliśmy się napisać swojej recenzji przedpremierowanej, aby właśnie nie zakłócać niechcący szablonu i powinności recenzji naszą relacją osobistą z autorką książki. Natomiast w porozumieniu z Wydawnictwem WasPos i z Justyną przygotowaliśmy dla naszych czytelników bezpłatny fragment powieści pt. „Kobiety i szatani”.

Justyna Karolak prowadzi również bezpłatny podcast dla pisarzy i wszystkich zainteresowanych procesami budowania literatury dostępny w serwisie YouTube. Właśnie tam, w ramach podcastu pt. „Głowa pisarza”, w październiku 2018 r. ukazało się słuchowisko pt. „Co myśli o sobie pisarz, który właśnie ‘urodził’ powieść?” – w odcinku tym Justyna podzieliła się swoimi wrażeniami na gorąco z napisania tej właśnie powieści, ale wtedy jeszcze nie chciała zdradzić jej tytułu ani żadnych informacji dotyczących fabuły. Jeśli macie ochotę, zajrzyjcie do tego słuchowiska, na pewno stworzy Wam ono jeszcze pełniejszy obraz autorki i jej pisania.

Niebawem Justyna opublikuje kolejny odcinek swojego podcastu, w którym odpowie na trzy pytania dotyczące procesu twórczego powieści pt. „Kobiety i szatani” zadane jej przez czytelników i innych pisarzy, czym jeszcze bardziej uchyli drzwi do świata przedstawionego tej powieści, miejcie jednak pewność, że wszystkie najważniejsze sekrety tego świata wciąż nie zostały i nie zostaną obnażone – dopiero czytając całą książkę, każdy czytelnik będzie mógł pełnoprawnie rozwiązać tajemnicę tej atypowej, hipnotycznej fabuły i osądzić jej przekaz, przesłanie…

A teraz już zapraszamy serdecznie do lektury fragmentu powieści „Kobiety i szatani” naszej przyjaciółki redakcyjnej:

Dominika po prostu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że miasto spowija podejrzana cisza. I że ta cisza jest czymś znacznie ważniejszym, bardziej uporczywym od zimowej pory roku – od śniegu i mrozu. Wydawało jej się, że różne elementy miejskiego pejzażu tylko z wierzchu wyglądają na identyczne z tymi, które pamiętała. Pod spodem tych elementów wyczuwała jak gdyby obcy, senny puls. Coś tętniło cichutko pod spodem, pod dachem świata, w głębi miasta, pod grubym obiciem ze śniegu. Nie miała pojęcia, co, lecz wyraźnie wyczuwała ewidentną, chociaż nieokreśloną obecność. Nie potrafiła za nią podążyć, zobaczyć jej dokładnie. Nie potrafiła jej umiejscowić, zawierzyć temu, co oczy widzą teraz – gdy już nie wiruje, gdy spokojnie stąpa. Nie umiała też zaufać swojemu instynktowi, który dźgał ją od środka i mrowił skórę. Wiedziała, że powinna mu zaufać. Była wszak z krwi i kości fotografem. Od lat polegała na swoim instynkcie, naturalnym zmyśle estetycznym. Potrafiła wydobywać z zewnętrznej otuliny rzeczywistości jej istotne szczegóły, wyłuskiwać je wzrokiem i komponować. W pracy nigdy nie kierowała się przypadkiem, tylko instynktem. Prawdę mówiąc, w jej osobistym słowniku nie bardzo funkcjonowało pojęcie przypadku. Polegała na przyczynowości i celowości – zawsze celowała, działała na podstawie określonej przyczyny. Zawsze polegała na swoim instynkcie. I nagle nie mogła na nim polegać, nie mogła oprzeć się na sobie, na tej osi, wokół której dotychczas wirowała, na tym, co zna, co pamięta. Na pewno się bała i ten strach, a nie zewnętrzny obraz miasta, blokował ją. W każdym razie znalazła się w swoistym zamroczeniu, przytroczona do podejrzanie cichej i kompletnie innej rzeczywistości, mimo że z wierzchu ta rzeczywistość wydawała się wprost nie do odróżnienia.

Stawała w uchylonym oknie i paliła papierosy. Spoglądała na zimowe niebo. Pamiętała to niebo, znała je. Z wierzchu świat zdawał się tym samym, niezmiennym światem. Budowały go te same szczegóły pełniące funkcję filarów ziemskiej rzeczywistości: niebo, słońce i księżyc. W tych chwilach spokojnego ćmienia papierosa w uchylonym oknie – kiedy patrzyła na niebo, na słońce, wówczas myślała, że nawet one, filary, były tylko sprawnie podłożonymi rekwizytami. To nie było prawdziwe niebo, prawdziwe słońce. Wyglądały tak samo, ale nie mogły być tym samym. Zostały tu podrzucone. Przez przypadek. Przypadkowość szarpała Dominikę za nerwy każdego dnia w tych spokojnych, samotnych chwilach. Nie umiała dopatrzyć się przyczyny, tym bardziej nie mogła wyodrębnić w widzialnym obrazie świata – celu. Jej osobista piramida wartości chwiała się na podmokłej zimnej podstawie. Zaczęła udzielać kredytu zaufania przypadkowości. Śledzić przypadek, podążać w wyobraźni jego śladem – kiedy tak stała w oknie i wpatrywała się w niebo…

Starała się żyć z dnia na dzień, żyć dniem codziennym, by z progu tego zwykłego życia wypatrywać znamion utraconej rzeczywistości. By cierpliwie doszukiwać się wzrokiem jakichś szczelin, które mogłyby doprowadzić ją do Laury.

Płynęły tygodnie… Słońce o świcie było szare i twarde z wyglądu, podobne do blaszanego guzika. Latarnie uliczne przypominały metalowe wykałaczki. Asfalt dłużył się, wił nieelastycznie niczym kawałek zmarzniętej gumy. U zboczy ulic sterczały nierówne, brudnawe grudy odgarniętego w pośpiechu śniegu, chociaż nigdy nie widziała człowieka, który odśnieżałby ulice. Tramwaje chrzęściły głucho, sunąc po zmarzniętych szynach. Mijane samochody – z ludźmi jak ona, z ludźmi w ruchu – zdawały się, podobnie do wszystkiego wokół, podejrzanie ciche i bezwładne.

Ale w tym obrazie wcale nie chodziło o zimę. Z tygodnia na tydzień, gdy przedzierała się przez te same szlaki, ulice, narastało w niej przekonanie, że nie zima jest winna tej ciszy, temu dziwnemu spowiciu. To już nie było wrażenie, tylko stopniowo budujące się przekonanie…

Czasem mijała uśmiechniętych, zwyczajnych ludzi po drodze, ale ich uśmiechy były czymś innym niż zwykła życzliwość. Kojarzyły jej się z wizerunkiem słońca o zimowym poranku. Były podobnie szare i twarde z wyglądu, jak sztuczne, przyklejone z wierzchu blaszane guziki. Jak gdyby pod tymi anonimowymi pogodnymi uśmiechami mogło kryć się coś innego – inne oblicza, inne i szczersze grymasy…

Osiedlowych uliczek nikt regularnie nie odśnieżał. Trzeba było uważnie omijać niechlujne bryły śniegu, pod którymi chowały się przykre, zmienione w śliski lód kałuże. Pomiędzy blokami szło się długo i nudno. Osiedle zdawało się uśpione. Widocznie o tej porze dnia ludzie byli w pracy, poza domami, załatwiali swoje codzienne sprawy. Musieli przebywać w środku miasta, nie tutaj – na obrzeżach. Mijała bardzo niewielu przechodniów. Wprawdzie mijała, widziała ich, starała się odwzajemniać blaszane uśmiechy, ale wszędzie było tak cicho, że skrzypienie śniegu pod butami przyćmiewało te ledwie dostrzegalne i mijane tylko od czasu do czasu, nic niemówiące kształty ludzkie.

Czasami – w niektóre z tych dni, gdy stała z papierosem w zimowym oknie – myślała, że ten sztuczny świat jest tylko przejściowy. Dom, osiedle, sklep – wszystko zdawało jej się podobne do długiego, wąskiego ciemnego korytarza. Czasami próbowała tak na sytuację spojrzeć. Że kroczy powoli korytarzem, w którym brakuje światła, który jest ciasny i mroczny, ale który doprowadzi ją kiedyś do drzwi. Za tymi drzwiami będzie dopiero coś istotnego. Może nawet to będzie jej prawdziwe, utracone życie. I Laura…

Najczęściej wyobrażała sobie za tymi drzwiami Laurę. Stała w oknie, paliła papierosa i fantazjowała, że wytrwale przemierza korytarz, naciska klamkę i w otwartych drzwiach widzi mnóstwo światła, które oblewa postać przyjaciółki niczym anioła. Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz – mówi do niej Laura. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że mnie znajdziesz. Widzisz, głupia? Wszystko dobrze się skończyło. Ty też możesz wrócić do siebie, jak gdyby nigdy nic.

Te myśli wcale nie były pocieszające. Wyobrażona uśmiechnięta twarz przyjaciółki wydawała się nieładna, nieprzystająca ani do sytuacji, ani do charakteru Laury. Ten uśmiech nie był łagodny, charakterystycznie powściągliwy. Miał jakiś cyniczny, niemal bezduszny wyraz. Czasem Dominika miała ochotę się wycofać, uciec z powrotem do ciemnego korytarza. I czasami rzeczywiście tak robiła. Zatrzaskiwała drzwi, za którymi w jasnym dziennym świetle widziała postać przyjaciółki. Kiedy tak robiła, nachodziła ją gęsta gorycz. Potrząsała wtedy głową i na siłę porzucała posępne myśli, starała się jak najszybciej zająć ręce czymś błahym.

W każdym razie nigdy nie wyobraziła sobie do końca, że Laura nie żyje. Nie potrafiła sobie tego bezspornie wyobrazić i z czasem przyjęła za pewnik, że przyjaciółka nie umarła. Nie była już w stanie myśleć inaczej. Uczepiła się myśli, że Laura znalazła się w zupełnie innym świecie. Że nie było jej ani w tym świecie, ani w świecie poprzednim, to znaczy prawdziwym. Laura musiała dostać się całkiem gdzie indziej. I to miejsce mogło być gorsze od tego, w którym znalazła się Dominika. Laura trafiła gdzieś, gdzie groziło jej coś wyjątkowo dotkliwego, gdzie istniało ryzyko, że może zgubić łączność ze samą sobą, swoim głębokim środkiem, esencją siebie. Laura była tam poskromiona, uwięziona. Nie tak, jak Dominika była uwięziona tutaj, niby w pajęczynie. To było inne, sroższe więzienie. W ten sposób myślała Dominika. Że o ile ona przebywa w korytarzu pomiędzy dwoma światami, o tyle Laura znajduje się w ogromnym, nieprzeniknionym, zamkniętym świecie, a nie w miejscu przejściowym. Ale – znajduje się, jest, żyje… Na pewno nie umarła!

Pewnego wieczora poszła do łóżka z mężem najlepszej przyjaciółki, która rozpuściła się w powietrzu, zniknęła. Dominika była okropnie samotna. Sama szła długim, wąskim ciemnym korytarzem. Przespała się z nim, bo była okropnie samotna i musiała przykryć czymś to uczucie.

Leżała na boku na skraju łóżka, kiedy Gabriel otoczył ją ramieniem. To ramię było ciepłe i poruszyło się w sposób, który Dominika skądś znała. Nie potrafiła przypomnieć sobie twarzy kochanka, ale pamiętała, że ktoś kiedyś objął ją w ten sposób, a potem przyciągnął do siebie, żeby się z nią kochać. Dotknięta mglistym wspomnieniem jakiegoś męskiego ramienia, nagle poczuła się bardzo zmęczona życiem, które wiodła obecnie, niedoceniona za swoje codzienne, prozaiczne wysiłki i wskutek tego – głodna czegoś, jakiegoś silnego bodźca, jak gdyby nagrody. Ten głód zmaterializował się we wnętrzu jej brzucha i ukłuł ją od środka. Ten głód się zeszklił, przybrał kształt podobny do sopla lodu i ukłuł. Nie chciała przeciwstawić się temu ukłuciu, pozwoliła ramieniu mocniej się przygarnąć, a potem wzięła udział w zdarzeniu i zupełnie nie myślała już o tym, czyje to było ramię. Pozwoliła tej szklanej sile wdrożyć się w lepki stan, który poćwiartował jej gradację wartości i rozpuścił granice wytrzymałości identycznie, jak Laura rozpuściła się w powietrzu i jak rozpuściła się w powietrzu jej własna prawdziwa tożsamość.

Ten fizyczny akt był podobny do sopla lodu, jakich wiele zwisało z mijanych codziennie dachów. Niczym się nie różnił. Był zimny i spiczasty jak szklana łza. Lecz skoro raz przekroczyła granicę, kolejne noce były coraz gładsze, łatwiejsze do zaakceptowania. Z czasem nie mogła nawet jednoznacznie określić, kto inicjuje te zdarzenia, czy jeszcze Gabriel, czy już ona sama. Zdejmowała z siebie bieliznę tak mechanicznie, gestami pozbawionymi znaczenia do tego stopnia, że mogły być brane za bardzo naturalne pożądanie. Równie mechanicznie rozbierała Gabriela, który nic nie rozumiał. Obchodziła się z nim jak z przedmiotem. Traktowała jak ciepły, wygodny mebel, który układała w pełni dowolnie na płaszczyźnie łóżka – całkiem tak, jak w prawdziwym życiu ustawiała zmyślne meble na powierzchni mieszkania, w wielu różnych konfiguracjach. Obchodziła się z nim jako z ciepłym, lecz anonimowym, i surowym poprzez ten brak więzi, ciałem. Z czasem przestała rozstrzygać, czy postępuje dobrze czy źle i zrobiło jej się wszystko jedno. Tymczasem Gabriel nie dostrzegał jej lodowatości, naprawdę nic nie rozumiał. Był tak ślepy, że kochając się z nim, chwilami wyobrażała sobie, że jego twarz ma dwa zimowe słońca zamiast oczu – twarde, blaszane guziki. Ani trochę nie pojmowała, jak to możliwe, że daleko posunięty chłód – człowiek przebywający najbliżej może mylić z płomieniem, z namiętnością. Jak to możliwe, że zaawansowana bierność może być mylona z olbrzymim zaangażowaniem i oddaniem, a może nawet z miłością? Dlaczego im mocniej było jej wszystko jedno, tym sprawniej różne elementy rzeczywistości podszywały się pod prawdziwość? Dlaczego wszystko coraz bardziej ślisko ścieliło się przed nią, efektywnie w siebie wchłaniając?

Z czasem zaczęła czuć się jak rozwodniona plama atramentu, wchłaniana przez coraz większą i większą płachtę bibuły. Zaczęła myśleć, że musiała czuć się tak zawsze. Że nigdy nic prawdziwego nie czuła. Że każdego kochanka traktowała w dokładnie ten sam sposób, w jaki traktowała teraz Gabriela. Że zawsze było jej obojętne, z kim spała i jak to robiła. Miała wrażenie, że wpadła do środka kryształu, że patrzyła na świat przez grube kryształowe ściany. Co można dostrzec przez takie ściany? Niewiele. Wszystko wydaje się podobne do sopla lodu, do szklanej łzy. Wszystko zastyga w pajęczynie bezczasu, a człowiek robi się nieprawdopodobnie zimny i zobojętniały. Wszystko skuwa lód. Czy ta zima miała nigdy się nie skończyć…?

W ten sposób upłynęły Dominice miesiące. Aż nastały roztopy. I wtedy Dominika zauważyła dużego, barczystego mężczyznę, który ją śledził. Widocznie zima musiała kiedyś się skończyć; widocznie z chwilą kiedy lód zaczął kruszeć, zaczęły też pomału pękać ściany kryształowego naczynia, do którego wpadła i… wtedy zauważyła mężczyznę…

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *